📼 SFILMOWANI ①⑧: "Misery" (1990)

film na podstawie powieści
Stephena Kinga
 
Stephan King to dla mnie wciąż popkulturowy fenomen, podobnie zresztą jak Remigiusz Mróz, choć akurat ten pierwszy, literacko, ma znacznie więcej do powiedzenia. Ale i tak, według mnie, jest mocno przegadany, a tytuł "króla horroru" przyznany nieco na wyrost. Nie zmienia to faktu, że King to jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, gość, który z każdej książki potrafi zrobić bestseller, i który jest najczęściej ekranizowanym autorem.

Dziś chciałem pogadać o jednej z takich ekranizacji, a konkretnie o "Misery". Książka została wydana w 1987 roku, film wyszedł trzy lata później i muszę przyznać, że to jedna z moich ulubionych adaptacji prozy Kinga i chyba jedyny film, który okazał się lepszy od literackiego pierwowzoru, a przynajmniej jeden z nielicznych. Kameralna opowieść Kinga o pisarzu, który po wypadku samochodowych trafia w "opiekuńcze" rączki psychofanki jest cholernie przerażająca, ale King swoją "Misery" nieco przesolił. To dobra powieść, ale zdecydowanie za długa. To powieść, którą można przeczytać raz, ale gdy po latach do niej wróciłem już nie wywołała we mnie takich emocji. Co innego film. Obraz w reżyserii Roba Reinera, który zaczynając pracę nad "Misery" miał już za sobą jedną współpracę z Kingiem (wyreżyserował w 1986 "Zostań przy mnie" na podstawie mini powieści "Ciało") i całkiem nieźle przyjęty film "Kiedy Harry poznał Sally" z Meg Ryan i Billym Cristalem, a także kilka innych produkcji. To on oddał kameralność, wręcz teatralność tej powieści. Inna rzecz, że również scenariusz był bardzo dobry. Może dlatego, że nie napisał go King, a William Goldman - gość, który stworzył teksty do takich hitów, jak "Wszyscy ludzie prezydenta" z Redfordem i Hoffmanem czy "O jeden most za daleko" z Connerym, Hopkinsem, Cainem i Hackmanem. Goldman wziął to co najlepsze z powieści Kinga, dodając sceny z szeryfem, których w książce nie ma (nie ma tam chyba nawet szeryfa), a które dodają filmowi dynamizmu i sprawiają, że opowieść jest bardziej filmowa.

Ale ten film nie byłby tak dobry, gdyby nie para aktorów, która sprawiła, że mocno poobijany Paul Sheldon i psychopatyczna Anne Wilkes nabrali cielesnej powłoki i stali się postaciami niemalże realnymi. James Caan i Katy Bates już w 1990 byli doświadczonymi aktorami będącymi w branży od lat '60, zresztą oboje debiutowali w 1963 roku, choć oczywiście w różnych produkcjach. I oboje doskonale wczuli się w swoje role. Obłęd wymalowany na twarzy Bates był cholernie prawdziwy. Czuło się, że ta baba, którą widzimy jest zdrowo pierdolnięta. Z kolei widząc cierpiącego Caana, mimowolnie zaciskałem zęby, ponieważ uwierzyłem, że ten jego ból jest jak najbardziej realny. "Misery" to film, w którym gra aktorska jest najważniejszym elementem całości. I aktorsko właśnie ten obraz jest znakomity. To właśnie Bates i Caan sprawili, że czujesz te wszystkie emocje, jakie odczuwać powinieneś, że trzymasz kciuki za Sheldona, a Annie życzysz rychłej i bolesnej śmierci. Dlatego też co jakiś czas z przyjemnością wracam do tej produkcji i za każdym razem oglądam ją z wypiekami na twarzy.

Jeśli jeszcze nie widziałeś "Misery", koniecznie to zrób, nawet gdy nie jesteś fanem Kinga. Nie musisz być, serio, bo ten obraz przerósł jego dzieło, a to w ekranizacjach widok pieruńsko rzadki. Polecam.

tytuł oryginalny: Misery
reżyseria: Rob Reiner
scenariusz: William Goldman
na podstawie powieści: "Misery" - Stephen King
obsada: James Caan, Kathy Bates, Richard Farnsworth, Lauren Bacall i inni
kraj: USA
czas trwania: 1:47
rok produkcji: 1990
gatunek: thriller 🎬 rodzaj: film kinowy
ocena: 💀💀💀💀💀💀💀💀 7/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

SPOWIEDŹ NIKOSIA ZZA GROBU | Tadeusz Batyr

HARRY ANGEL | William Hjorstberg