📼 SFILMOWANI ③⑤: Horror Amityville (1979)
Pewnie każdy z Was słyszał o Amityville. W dużej mierze to właśnie dzięki temu filmowi stał się najprawdopodobniej najsłynniejszym nawiedzonym domem na świecie. Szybko jednak wyszło na jaw, że całe to nawiedzenie nie było do końca prawdziwe, ale nic to – maszynka do robienia pieniędzy rozhulała się na dobre i wypluwała dolce, ile wlezie. Największymi wygranymi w tym cyrku okazali się oczywiście państwo Lutzowie, którzy na swojej historii zarobili kupę siana, podobnie jak twórcy filmu. Obraz Stuarta Rosenberga – reżysera kojarzonego głównie z dramatami, kryminałami i kinem wojennym – przy budżecie niespełna pięciu baniek zarobił ponad osiemdziesiąt sześć milionów. I to tylko w Stanach Zjednoczonych! Ludzie dostali kompletnego pierdolca na punkcie "Horroru Amityville", a film swoją popularnością znacznie przebił książkę Ansona. Jasne, kino z natury ma przewagę nad literaturą, ale czy faktycznie było się czym zachwycać? Jestem świeżo po seansie, jak i po lekturze powieści, więc mogę na gorąco odpowiedzieć na to pytanie.
"Horror Amityville" nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych opowieści o nawiedzonych domach. Zrealizowany został dość topornie, zwłaszcza z perspektywy współczesnego widza. Nie powala z kilku powodów. Mimo że film wiernie odwzorowuje książkę, nie udało się oddać jej klimatu ani tej narastającej fali grozy, którą budował Anson. W kinowej wersji nadprzyrodzone manifestacje sprawiają wrażenie przypadkowych, a w przerwach między nimi dostajemy przydługie, nic niewnoszące sceny – jak choćby jazda motorówką czy konflikt ojca Delaneya z przełożonymi. Wszystko to skutecznie rozcieńcza grozę i niepotrzebnie rozciąga film do niemal dwóch godzin. A to zdecydowanie za długo – w wielu momentach obraz zwyczajnie przynudza.
Nie pomagają też aktorzy. Właściwie liczą się tylko James Brolin i Margot Kidder, reszta to tło. I choć w horrorach nikt nie oczekuje oscarowych kreacji, to jednak Brolin jest zbyt pompatyczny, a Kidder ma w arsenale wyłącznie jeden wyraz twarzy – ten sam przy strachu, radości i euforii. Szału nie ma. Podobno do roli George’a Lutza rozważano Harrisona Forda, Jamesa Caana, Burta Reynoldsa i Christophera Reeve’a. Gdyby postawiono na tego ostatniego, mielibyśmy duet z "Supermana", wszak drewniana Kidder dostała angaż do "Horroru Amityville" właśnie na fali popularności swojej Lois Lane. Ostatecznie wybrano najsłabszego konia, choć, szczerze mówiąc, Reeve też by tu nie pasował. Ale już Caan, wciąż pamiętany jako narwany Sonny Corleone… to mogło się udać. No ale stało się, jak się stało, i naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem ten film kogokolwiek wystraszył. A jednak musiał, bo pierwsza linia "Amityville Horror" doczekała się aż ośmiu kolejnych filmów – sequeli, prequeli i innych wariacji z Amityville w tytule. Ciągnęli to do 1996 roku, potem na dziewięć lat temat ucichł, aż w końcu filmowcy znów przypomnieli sobie o domu z piekła rodem.
Czy polecam ten film? Jako horror – absolutnie nie. Nie straszy, a przy tym irytuje wieloma rzeczami. Weźmy choćby nieznośną manierę zbliżeń na twarze. No już by sobie to darowali, zwłaszcza że mieli w obsadzie takie drewno jak Margot Kidder, wyglądającą, jakby permanentnie cierpiała na zaparcia. Nie wiem, co reżyser chciał osiągnąć tym zabiegiem, ale chyba nie do końca ogarniał, że w ekipie nie ma ani De Niro, ani Meryl Streep. "Horror Amityville" można jednak potraktować jako filmową ciekawostkę i historię wielkiej amerykańskiej ściemy, którą Lutzowie sprzedali światu. Zdecydowanie bardziej przekonująco wypadł remake z 2005 roku, ale o nim opowiem Wam innym razem.
reżyseria: Stuart Rosenberg
scenariusz: Sandor Stern
na podstawie powieści: Amityville Horror - Jay Anson
kraj: USA
Komentarze
Prześlij komentarz