📚 WDOWY | Lynda La Plante 🔻🅾ᴘɪɴɪᴀ
Ale to było słabe. Słabe i durne, choć "Kirkus Reviews" sądziło inaczej. Na łamach tego książkowego magazynu znalazła się swego czasu recenzja "Wdów", w której recenzent stwierdził, że to „feministyczne, utrzymane w klimacie noir dziecko ⏵Thelmy i Louise⏴ oraz ⏵Ojca chrzestnego⏴". Jeśli dziecko, to wyjątkowo ułomne, wręcz upośledzone, w dodatku z autyzmem i porażeniem wszystkich kończyn, z wodogłowiem i padaczką, a do tego brzydkie jak noc w XIX-wiecznym Londynie. Lynda La Plante stworzyła powieść feministyczną, owszem, ale ten feminizm jest na poziomie Anny Marii Żukowskiej - głupi, infantylny i strasznie naiwny.
Mamy tu w sumie cztery bohaterki, z czego trzy to tytułowe wdowy po bandzie złodziei, która przez lata dokonywała napadów. Hersztem tej bandy był Harry Rawlins, który swojej żonie Dolly zamiast kupy forsy zostawia w spadku notes z planami napadu oraz listą bandziorów, z którymi się zetknął. Problem w tym, że tego supertajnego notesu szuka teraz całe miasto i samo to jest idiotyczne, bo skoro ukrywasz ten notes dość dobrze, to jak to się stało, że wie o nim każdy lokalny bandzior i policja? Ale dobrze - idźmy dalej. Dolly wpada na pomysł, że pociągnie sprawy za męża. Montuje więc swój gang, składający się z pozostałych wdów oraz laski z nocnego klubu, i postanawia z nimi przeprowadzić skok zaplanowany przez męża. Notesu chce jednak również lokalny gangus i w tym celu zrobi wszystko, aby go przejąć. Z tym że tak naprawdę nie robi zbyt wiele, a zamiast wartkiej akcji czytelnicy dostają pokaz niebywałych idiotyzmów, dłużyzn i logiki na poziomie blachar i dresów.Lynda La Plante, której twórczości dotąd nie znałem, serwuje nam głupiutką i płytką opowieść o kobietach, które przez całe życie były zależne od swoich facetów i nagle, po ich śmierci, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. To jest ta logika durnych feministek, które uważają, że kobiety są silne tylko dlatego, że są kobietami. La Plante czyni swoje bohaterki silnymi z dnia na dzień. Dlaczego? Bo im chłopy pomarły i to jest jedyne źródło ich pozornej siły. W gruncie rzeczy to nadal durne i naiwne panienki, które irytują swoim sposobem bycia oraz pustogłowiem.
Nie pomaga również sztywna, drętwa narracja, a przy tym na próżno szukać tu jakiejkolwiek głębi czy złożoności. O bohaterach dowiadujemy się niewiele: ten jest gruby, ten łysy, ta ruda, ta Włoszka, tamta Irlandka. Do tego jakieś strzępki informacji o ich - skądinąd - nieciekawym życiu i… koniec. A zatem do naiwnej i głupiej fabuły dochodzą płytcy, papierowi bohaterowie. Czyta się to strasznie i mimo szczerych chęci dobrnięcia do końca odpadłem w połowie, a potem już tylko przeskakiwałem z kartki na kartkę, by sprawdzić, czy chociaż fabularnie coś drgnie. I wiecie co? Ch**a drgnęło.
Lynda La Plante przez całą powieść utrzymała bardzo równy, grafomański poziom, co jest przynajmniej jakąś konsekwencją, choć mało to pocieszające. No dobra, pocieszające jest też to, że wydałem na tę książkę jedynie 7 zł, w jakimś internetowym antykwariacie. Z drugiej strony, 7 złotych też można wydać pożyteczniej. Trudno, przeboleję. Wam natomiast odradzam tę książkową inwestycję. Lepiej kupić inną albo - bo ja wiem - wafelki czy paluszki. Ok, dupa od tego rośnie, ale przynajmniej pozostaje smak, a nie niesmak. 😉
autor: Lynda La Plante
tłumaczenie: Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik
ISBN: 978-83-280-6023-4




Komentarze
Prześlij komentarz