📼 WDOWY (2018) 🔻 🆂ꜰɪʟᴍᴏᴡᴀɴɪ ⑦②
Nie rozumiem fenomenu „Wdów”. Jak coś tak słabego pod każdym względem mogło zachwycić filmowców do tego stopnia, że aż trzykrotnie postanowili przenieść tę opowieść na ekran? W 1983 roku, czyli chwilę po premierze powieści, oraz w 2002 dzieło Lyndy La Plante zostało zaadaptowane przez twórców seriali telewizyjnych. Nie znajdziecie ich na polskich platformach streamingowych, a i moje poszukiwania w mniej oficjalnych źródłach spełzły na niczym. Znalazłem za to zwiastun wersji z 2002 roku i… aż żałuję, że ten serial nie jest dostępny, bo zapowiadał się na wyjątkowo rzadkie gówno.
Niewiele lepiej jest z produkcją z 2018 roku w reżyserii Steve’a McQueena. Nie, nie tego Steve’a McQueena od „Siedmiu wspaniałych”, „Wielkiej ucieczki” czy „Płonącego wieżowca”. Ten, o którym piszę, jest czarnoskórym reżyserem i scenarzystą, który postanowił stworzyć „czarną” wersję „Wdów”, w której materiał źródłowy potraktowano jako coś, z czego można, ale absolutnie nie trzeba korzystać.
Nie oznacza to jednak, że wszyscy bohaterowie są tu czarni. Główna bohaterka zamiast białej rudowłosej jest czarną brunetką, Włoszka staje się Latynoską, a Irlandka - Polką. Z Polki, jedynej białej w bandzie początkujących złodziejek, scenarzyści - w osobie samego reżysera i Gillian Flynn (tak, tej Gillian Flynn od „Zaginionej dziewczyny” i „Ostrych przedmiotów”) - chcieli zrobić dziwkę, a z czarnej panienki z nocnego klubu - fryzjerkę i opiekunkę do dzieci. Taka to logika.
Czarni są tu także złole - i to jest akurat motyw dość zabawny. Podobnie jak w książce, to bracia: jeden kandyduje na burmistrza miasta, drugi jest silnorękim, który ma jakąś swoją grupę i czasem kogoś odstrzeli, czasem komuś spuści wpierdol, ale na czym tak naprawdę kręci lody - film już nam nie powie. Bo i po co? Zbyt wiele szczegółów chcesz znać, widzu. Zabawne jest to, że te gangusy z aspiracjami na trzęsących miastem mafiosów pełną gębą, wyglądają i zachowują się jak jakieś podrzędne bandziorki z filmów z wczesnych lat '90. Są groteskowi w swojej stereotypowości.
W powieści bandyterka była Irlandczykami, którzy kontrolowali kilka gałęzi londyńskiego przestępczego drzewka, ale tutaj twórcy nie bawią się w opowiadanie nam ich historii. Poświęcają za to sporo uwagi rywalowi czarnego kandydata w wyścigu o fotel burmistrza. Ten jest z kolei białym cwaniakiem namaszczonym przez ojca, który od lat trzęsie radą miasta i miejskimi komisjami. Generalnie chciano pokazać nepotyzm i przekręty białych polityków, ale McQueen Ameryki tu nie odkrywa. Stary, spóźniłeś się jakieś pięćset lat. Po drodze mieliśmy ludobójstwo Indian dokonane przez tego wszarza Kolumba, potem niewolnictwo, wojnę secesyjną i kilka innych napierdalanek - i politycy już wtedy byli bandą socjopatów i skurwysynów. I tacy zostali do dziś. Myślę, że nikt normalny w tym środowisku długo by się nie utrzymał. Chciałeś pokazać nieuczciwość polityka i tym zaszokować widownię? Gdzieś ty się wychował? W podziemnym schronie atomowym z czasów zimnej wojny?
A więc mamy wątek polityczny - taki trochę z dupy - oraz sławetny notes, który w powieści pełnił kluczową rolę i którego każdy pożądał niczym Gollum Jedynego Pierścienia, tymczasem w filmie motyw ten został mocno zmarginalizowany. To akurat dobrze, bo ten motyw w powieści już u samych podstaw był strasznie głupi.
Generalnie jest to film (i książka również) o przygotowaniach do skoku na wielką kasę. Ale nie jest to kolejne „Ocean’s Eleven”, „Włoska robota” czy „Gorączka”. Nie ma tu budowania napięcia, emocji ani akcji. Są za to dłużyzny, nijacy bohaterowie, ich płytkie relacje oraz nieciekawa historia - tylko odrobinę mniej infantylna i naiwna niż ta przedstawiona w powieści. Do tego Michelle Rodriguez z tą swoją jedyną miną wiecznie niezadowolonej baby z poczty, groteskowy Colin Farrell, całkiem znośni Elizabeth Debicki i Robert Duvall oraz epizodyczny Liam Neeson.
Film wlecze się jak ślimak po rozgrzanym asfalcie i wygląda tak, jakby realizowali go niedoświadczeni filmowcy z niewielkim budżetem. Tyle że „Wdowy” kosztowały około 42 miliony dolarów. Problem w tym, że zupełnie nie widać tych pieniędzy. Do tego stopnia, że gdy pojawia się scena wiecu wyborczego na całkiem sporym osiedlu, wokół sceny gromadzi się jedynie garstka ludzi. Serio, panie McQueen - nie starczyło kasy na statystów? Na co poszedł cały ten szmal?
Żeby uratować tę adaptację, należałoby pójść w stronę kina sensacyjnego. Książka jako współczesny kryminał noir kompletnie się nie broni. La Plante zabrakło talentu, ale i zrozumienia tematu. Jedyną szansą, by zrobić z tego coś znośnego, byłoby pójście w stronę wspomnianej już „Gorączki”. Ale do tego potrzeba umiejętności i jednak trochę więcej pieniędzy.
Tak czy inaczej, zarówno powieść, jak i jej - pożal się Boże - adaptacja to twory słabe i niewarte poświęcania im czasu. Zdecydowanie lepiej sięgnąć po coś innego, choćby po produkcje Taylora Sheridana, którego ostatnio stałem się wielkim fanem. „Tulsa King”, „Yellowstone” czy „Landman” gorąco polecam.
reżyseria: Steve McQueen
scenariusz: Steve McQueen, Gillian Flynn
obsada: Viola Davis, Michelle Rodriguez, Elizabeth Debicki, Colin Farrell, Robert Duvall, Liam Neeson i inni
kraj: USA, Wielka Brytania


Komentarze
Prześlij komentarz