📚 BASTION | Stephen King 🔻 🆁ᴇᴄᴇɴᴢᴊᴀ
◉ BASTION, KTÓRY SIĘ NIE OBRONIŁ ◉
Stephen King… Ach, ten pierd*lony Stephen King. Prawdopodobnie ma na swoim koncie tyle samo udanych powieści, co totalnych gniotów, a ja wpadłem właśnie na kolejny szajs, przez którego przebrnięcie przypominało brodzenie w bagnie. To najprawdopodobniej najgrubsze tomiszcze, jakie wyszło z przechlanego umysłu gościa, którego ktoś - nie wiadomo kto (ale pewnie jakiś marketingowiec) i na jakiej podstawie (choć przeczuwam, że wyszło im z tabelek pełnych liczb) - ogłosił „królem horroru”. To znaczy: na jakiej podstawie, to się domyślam. Nazwisko robi swoje, ale poza nim stary Stefan - w moim odczuciu - ma niewiele wspólnego z jakimkolwiek literackim zwierzchnictwem, a w wielu przypadkach jest sztucznie napompowywany. Bardzo często jest za to królem obciachu, zwłaszcza w kontekście licznych ekranizacji jego dzieł, które - mówiąc delikatnie - nie są jakościowymi produkcjami.
Żeby nie było: ja kiedyś uwielbiałem Kinga. Uważałem, że to najlepszy pisarz na świecie, ale to było zanim wgryzłem się w jego portfolio i zanim poznałem innych, dużo lepszych, choć nie tak promowanych literatów, którzy wynieśli popkulturowe gatunki do rangi literatury pięknej. Są to m.in. Robert McCammon, Dan Simmons czy John Ajvide Lindqvist. King przy nich jawi się raczej jak naleśnikowy biznesmen Zembaczyński w obliczu Elona Muska. Jak „Weekend” Pazury w zestawieniu z „Ojcem chrzestnym” Coppoli; jak drewniana sławojka stojąca obok ekskluzywnego sracza za 650 tysi Rafała z Warszawy.
No dobra, ale zostawmy Stefana i skupmy się na „Bastionie”, który stał u mnie na regale jakieś pięć lat i pewnie stałby dalej, gdyby pod koniec roku na SkyShowtime nie pojawił się serial z 2020 roku oparty właśnie na tej powieści. Pomyślałem wtedy: jak nie teraz, to kiedy? - i wziąłem w łapy liczące 1168 stron tomiszcze, którym - gdyby odpowiednio przygrzmocić - można by nawet zabić. Strasznie niewygodnie trzyma się to ustrojstwo, w dodatku całość pisana jest jeszcze drobniejszym maczkiem, jak książki Vespera, ale zaparłem się i powiedziałem sobie: trzeba się poświęcić dla dobrej literatury, licząc po cichu na to, że to będzie dobra literatura.Problem z „Bastionem” mam jednak taki, że nie uważam, że to książka warta jakichkolwiek wyrzeczeń, a nawet obok takiej nie stała - no chyba że przez przypadek gdzieś w księgarni. „Bastion” to balonik nadmuchany do granic możliwości, ale cholernie pusty w środku, z nieciekawymi bohaterami, których można kojarzyć z innych dzieł Kinga. Gdzie indziej nazywają się i wyglądają inaczej, ale w gruncie rzeczy są tacy sami. Do tego dochodzi niepotrzebne napychanie wątków i motywów, bo przecież „królowi” nie wystarczy napisać postapo. Takie dzieło może stworzyć każdy frajer, a ja - Stefan - nie jestem jak te lamusy, o których nie słyszał świat. Ja do tego postapo muszę wpieprzyć czary-mary, wątki religijne z dupy i jeszcze kilka pobocznych motywów. Wtedy będzie arcydzieło!
Tylko, że "Bastionowi" bardzo daleko do arcydzieła. Nadmiar wątków sprawia, że nic się tu nie klei, nie za bardzo pasuje do siebie; są jak masażer prostaty znaleziony w klasztorze sióstr zakonnych; jak kostki lodu leżące na pustyni; czy jak nowe lambo porzucone na złomowisku. Czytasz to i od razu zapala się czerwona lampka oraz pojawia się myśl: ale przecież to się nie spina, to nie ma sensu, za dużo tego upchane, jak w bagażu podręcznym, w którym chcesz spakować rzeczy na miesięczny urlop. Dlatego też nie widzę w tej, skądinąd, topornej konstrukcji "Bastionu" większego sensu, ale to jest King i facet czasem tak ma, że chce za dużo i zapomina, że niekiedy mniej znaczy lepiej. A już tak zupełnie na marginesie, nie pomagają zdania typu: „Lloyd Henreid klęczał na kolanach (…)” - nie wiem, czy tłumacz dał dupy, czy King znowu pisał po pijaku, ale no bez jaj… Na czym ten Lloyd miałby klęczeć? Na łokciach czy na własnym fiucie?
Durne zdania trafiają się jednak nawet w najlepszych powieściach, więc zostawmy je. To rzuciło mi się w oczy bardziej z nudów wywołanych kiepską lekturą i topornie poprowadzoną narracją. Być może jednak „Bastion” można byłoby uratować, gdyby nie był takim gabarytowym wielorybem, gdyby nie było tam tak tłoczno, jak w nowo otwartej Biedronce, i gdyby powieść postapo była powieścią postapo czystej krwi, a nie skundloną innymi motywami. No i musieliby być również ciekawsi bohaterowie - może trochę mniej skopani przez życie, bo tutaj prawie każdy ma „trudną przeszłość”, a tak naprawdę niemal wszyscy mają ją jednakową, tylko w różnych wariacjach, co siłą rzeczy staje się wtórne i po kingowemu sztampowe.
Ja wiem, że są tacy, którzy dostają orgazmu, ilekroć słyszą o nowej książce Kinga, i pieją peany, że każda to arcydzieło. Ja tak nie uważam. Powiem więcej - King nie ma na swoim koncie arcydzieła. Ma powieści świetne i bardzo dobre, nawet takie, do których z przyjemnością wracam, jak „Pod kopułą”, „Joyland” czy „Zielona mila”, ale obok nich mogę postawić książki, które zupełnie do mnie nie trafiły, napisane "na odwal się" i które pewnie odpadłyby w wydawnictwach, gdyby nie były podpisane przez Stephena Kinga.
Czy „Bastion” do nich należy? Obawiam się, że jednak nie. Choć nie uważam, że to dobra książka, to jednak w jakiś sposób rozumiem jej fenomen i to, że jeśli nie czytałeś zbyt wiele postapo, ten kolos może przypaść do gustu. I nie mam tu na myśli wyznawców Kinga - bo wiadomo, ci wszystko biorą w ciemno i zachwycają się jak prawiczek oglądający gołe cycki w barze topless - chodzi mi o zwyczajnych czytelników, którzy dopiero wchodzą w literacki świat albo po prostu bardzo lubią postapo w każdej formie.
„Bastion”, zwłaszcza na pierwszych kilkuset stronach, potrafi zauroczyć, a nawet zaczarować. King pokazuje tu krok po kroku, jak świat upada, jak zdycha we własnej flegmie i gównie, i to przy akompaniamencie kichnięć oraz kaszlnięć. Ten upadek możecie znać chociażby z serialu „Fear the Walking Dead” - tam co prawda chodziło o epidemię zombie, a nie supergrypy, ale wizje upadku ludzkości w popkulturze zawsze wyglądają podobnie. Mimo to, w „Bastionie” było to naprawdę niezłe. Potem jednak cała koncepcja rozjeżdża się niczym nogi seksworkerki i zamiast spójnej opowieści o upadku ludzkości dostajemy typową kingowską papkę; kicz rodem z horrorów klasy C lat '80. Im dalej w las, tym okazuje się, że… lasu już nie ma i została po nim jedynie plantacja pniaków. Szkoda, bo liczyłem na literacką ucztę, a dostałem przeterminowane danie cuchnące zepsutym mięsem.
I chyba na tym skończę, bo czuję, że i tak poświęciłem „Bastionowi” więcej czasu niż na to zasługiwał. A zatem… nie polecam i chyba będzie musiało upłynąć sporo czasu, nim sięgnę po kolejną książkę naznaczoną nazwiskiem King.



Komentarze
Prześlij komentarz