📚 POMOC DOMOWA | Freida McFadden
Dawno żaden thriller psychologiczny nie wciągnął mnie tak jak „Pomoc domowa”. Piszę to od razu, bo chcę, żebyśmy mieli jasność - jestem zachwycony tą głośną swego czasu powieścią, która sprawiła, że Freida McFadden wypłynęła na szerokie gatunkowe wody.
Urodzona w 1980 roku Freida McFadden (to pseudonim, jej prawdziwe nazwisko pozostaje nieznane) zadebiutowała w 2013 roku książką „The Devil Wears Scrubs”, inspirowaną jej własnymi przeżyciami z okresu stażu medycznego. Bo tak w ogóle Freida jest lekarzem specjalizującym się w urazach mózgu, ale dla nas - jako odbiorców jej literatury - nie ma to aż tak dużego znaczenia. Po debiucie umilkła na kilka lat, by powrócić ze swoim pierwszym thrillerem psychologicznym - „Idealny syn” (2019). Trzy lata później pokazała światu „Pomoc domową” i to właśnie od tej powieści zaczynam swoją literacką przygodę z tą autorką.
Millie i Nina to kobiety z dwóch różnych światów. Ta pierwsza, po dziesięciu latach odsiadki, wyszła niedawno na warunkowe zwolnienie, a po stracie ostatniej pracy mieszka w swoim samochodzie. Ta druga od lat nie skalała się żadną pracą. Mieszka w pięknej rezydencji w New Jersey, ma kochającego, przystojnego i bogatego męża, małą córeczkę i - przynajmniej z pozoru - wspaniałe życie.Nina zatrudnia Millie w charakterze pomocy domowej. Dla dziewczyny z kartoteką jest to jak uśmiech losu - chyba pierwszy, odkąd dziesięć lat temu wylądowała za kratkami. Szybko pojawiają się jednak pierwsze ostrzegawcze światełka. Nina okazuje się bardzo humorzasta, a jej częste zmiany nastrojów sprawiają, że bywa nieprzewidywalna i apodyktyczna. Jakiś czas później Millie dowiaduje się, że Nina przed laty próbowała zabić siebie i swoją córeczkę i wylądowała w szpitalu psychiatrycznym. W dodatku ledwo mówiący po angielsku ogrodnik Enzo próbuje ją ostrzec przed bliżej niesprecyzowanym zagrożeniem...
Zdecydowanie najmocniejszą stroną „Pomocy domowej” jest gęsta atmosfera, którą daje się wyczuć od początku tej opowieści. Czytelnik od razu orientuje się, że coś wisi w powietrzu, a drobna, trzydziestoletnia Millie naprawdę jest w niebezpieczeństwie. Tylko kto jej zagraża?
Naturalnie podejrzenia padają na nieobliczalną Ninę, która w jednej chwili potrafi być niemal przyjaciółką czy starszą siostrą, by za moment zamienić się w prawdziwą zołzę - opryskliwą, nadętą i celowo wprowadzającą Millie w błąd tylko po to, żeby wytknąć jej kolejne uchybienia i urojoną niekompetencję. Mąż Niny, Andrew, wydaje się jednak naturalnym buforem, hamującym nieobliczalną żonę.
Wiecie, w thrillerach psychologicznych bardzo pomaga narracja pierwszoosobowa. W tego typu literaturze to naprawdę dobre rozwiązanie, a na pewno ułatwiające życie zarówno autorom, jak i nam - czytelnikom. Dzięki temu z pierwszej ręki poznajemy myśli i emocje towarzyszące Millie, która zaciska zęby i znosi pomiatanie przez Ninę tylko dlatego, że stoi pod ścianą. Właściwie dziewczyna nie ma innego wyjścia. Nie chce znowu mieszkać w samochodzie, chociaż pokoik na poddaszu nie jest wiele większy od jej leciwego Nissana, a pojedyncze łóżko niewiele wygodniejsze od tylnej kanapy samochodu. Nie chce też wrócić do paki, a to jej grozi, jeśli kuratorka dowie się, że nie ma pracy. Winchesterowie dobrze jej płacą, a Andrew jest dla niej dobry...
No właśnie - Andrew... Millie coraz częściej zerka na swojego szefa ukradkiem i zaczyna się w nim podkochiwać. Wie, że to niewłaściwe, ale jest to silniejsze od niej. Freida doskonale napisała postać Millie - zagubionej, biednej dziewczyny, która spędziwszy młodość w więziennej celi, jest trochę nieprzystosowana do życia w społeczeństwie. Nie w sposób patologiczny, bo to nie jest zatwardziała kryminalistka. Po prostu dla niej czas zatrzymał się - a na pewno bardzo spowolnił - dekadę temu i teraz Millie nie zawsze wie, jak się zachować.
Bywa naiwna, ale jednocześnie jej kodeks moralny sprawia, że jest silną kobietką. Ma też swoje tajemnice. Właściwie dopiero pod koniec powieści dowiadujemy się, za co dostała piętnastoletni wyrok, a ta informacja nieco zmienia naszą optykę na tę postać.
Wydaje się, że jej przeciwieństwem jest Nina, która również dba o to, aby w powieści nieustannie czuło się niepokój. Pierwsza myśl, jaka weszła mi do głowy, gdy pańcia domu zaczęła zadzierać nosa, to oczywiście: „podła suka”. Potem ewoluowało to w „walniętą francę”, ale im bliżej finału, tym więcej Czytelnik wie i tym częściej zaczyna weryfikować swoje wcześniejsze poglądy.
Nina to również bohaterka, która ma swoje mroczne tajemnice i demony, z którymi musi się uporać, a finał „Pomocy domowej” pewnie zaskoczył - albo zaskoczy - niejednego czytelnika.
Doskonale poprowadzona akcja, trzymająca w napięciu fabuła i świetnie skrojone postaci. „Pomoc domowa” nie ma wielu bohaterów. Właściwie tych, którzy mają naprawdę coś do powiedzenia, jest czwórka. Ta kameralność sprawia jednak, że atmosfera jest jeszcze gęstsza i trzyma czytelnika za gardło do samego końca.
Dla mnie bomba.
Z przyjemnością - pewnie nawet jeszcze w tym roku - sięgnę po kolejne tomy „Pomocy domowej”. A jeśli Freida McFadden utrzyma poziom, to niewykluczone, że właśnie zyska nowego fana.
A tymczasem, jeśli jeszcze nie mieliście okazji sięgnąć po omawiany dziś thriller, koniecznie nadróbcie zaległości. Gorąco polecam.





Komentarze
Prześlij komentarz