📚 ECHO KŁAMSTW | Sylwia Bies 🔻 🆁ᴇᴄᴇɴᴢᴊᴀ
Thriller psychologiczny, niejako z definicji, nastawiony jest na bohatera. To on stanowi fundament opowieści, a historia bywa jedynie tłem, pretekstem do narodzin postaci. Taka postać powinna być wielowarstwowa, niczym cebula - albo Shrek - w każdym razie czytelnik powinien chcieć ją poznać, zanurzyć się w jej życiu i z wypiekami na twarzy śledzić jej losy. Oczywiście sama historia także jest ważna, bo to z kolei podstawa każdego klasycznego thrillera. Fabuła powinna być zagmatwana, ale nie chaotyczna. Między jednym a drugim istnieje jednak bardzo cienka granica - taka z pojedynczej płyty kartonowo-gipsowej - i wystarczy lekkie kopnięcie, by powstała wyrwa, przez którą wlewa się chaos. Niestety, w najnowszej powieści Sylwii Bies „Echo kłamstw” takich momentów, takich wyrw wywalonych kopniakiem, jest sporo, łącznie z zakończeniem, które skutecznie próbuje zatrzeć dobre wrażenie z pierwszych kilkudziesięciu stron.
Poznajemy tu losy kilku bohaterów: Dagmary, która postanawia zostać prostytutką; cenionej dentystki Klary; jej męża Feliksa; nastoletniej córki Tosi oraz Martyny - współpracownicy Feliksa i jednocześnie jego kochanki. Feliks korzysta również z usług Dagmary, którą z kolei z Klarą łączy jakaś mroczna tajemnica z przeszłości. Każda z tych postaci pełni rolę narratora, co - moim zdaniem - jest pierwszym grzechem „Echa kłamstw”. Po pierwsze dlatego, że już na tym etapie pojawia się narracyjny chaos, a po drugie: próbując zgłębić psychologię aż tylu bohaterów, autorka tak naprawdę nie zgłębia żadnego. Odniosłem wrażenie, że każda z postaci została potraktowana po łebkach, a sztampa goni sztampę.Klara i Feliks to typowi przedstawiciele klasy średniej - nudni jak otwierający usta Waldemar Pawlak i bezbarwni niczym stary film puszczany w tle. Ani jedno, ani drugie nie ma nic ciekawego do powiedzenia, a ich osobowości są tak miałkie, że prawdopodobnie moje koty mają więcej charakteru niż ta dwójka. Nieco ciekawsza jest ich córka Tosia, ale wyłącznie dlatego, że skrywa przed nami jakiś sekret. Klara również coś ukrywa, jednak o ile na początku jeszcze mnie to obchodziło, o tyle później, za sprawą jej nużących przemyśleń, stała mi się zupełnie obojętna. Co do Tosi, fascynacja nią trwała do połowy książki, bo potem już miałem niemalże pewność, że całość pójdzie w kierunku serialu „Podejrzany” z Ryanem Phillippe’em i Juliettą Lewis albo polskiego remake’u „Osaczony” z Leszkiem Lichotą, Marysią Dębską i Erykiem Lubosem.
Martyna to z kolei typowa karierowiczka, która próbuje awansować społecznie i zawodowo przez łóżko. Dagmara - nasza rodzima Julia Roberts bez szans na Ryśka Gere'a - to dziwka rodem z artykułów w „Wysokich Obcasach”, gdzie puszczanie się za pieniądze sprzedaje się jako fajną i lekką robotę, najlepiej opakowaną w narrację o niezależności i samorealizacji. Dagmara na początku mocno zachłystuje się „łatwym szmalem”, co jest o tyle dziwne, że w przeszłości została zgwałcona. I teraz tak: już od samego początku wiemy, że Klarę i Dagmarę coś łączy - coś niefajnego, mrocznego. Wiemy też, że Dagmara kończy martwa, bo właściwie od tego wszystko się zaczyna - to punkt wyjścia całej historii. I gdyby autorka skupiła się właśnie na tych dwóch bohaterkach i pociągnęła dalej zderzenie dwóch światów - uprzywilejowanego, sterylnego świata Klary oraz brudnego, bezwzględnego i mrocznego świata Dagmary - mógłby z tego wyjść naprawdę solidny kobiecy thriller psychologiczny z mocnymi wątkami społecznymi. Mam jednak wrażenie, że Sylwia Bies chciała znacznie więcej i zwyczajnie przedobrzyła, niczym Rutkowski u fryzjera i stylisty. W pewnym momencie nawet wątek śmierci Dagmary ginie w fabularnym bałaganie, by wypłynąć dopiero na samym końcu.
Na plus należy odnotować prowadzenie narracji w dwóch liniach czasowych - lubię ten zabieg, o ile ma on sens fabularny. Tutaj akurat ma, więc za to dla autorki props. Całość odebrałem jednak jako coś wyraźnie poniżej przeciętnej.
W pewnym momencie przestałem traktować tę powieść poważnie, a dokładnie w chwili, gdy na scenę wkroczył lokalny gangus o pseudonimie „Devil”. O matko święta rzeszowska, tak durnej ksywki nie słyszałem od czasów „Gejszy” z 2015 roku, gdzie Marian Dziędziel grał niewidomego gangstera o pseudonimie „Hajs”. W ogóle wątek pożyczki zaciągniętej przez Dagmarę u lichwiarza Devila jest wiarygodny mniej więcej tak, jak gra aktorska Julii Wieniawy. A jeśli ktoś jeszcze miałby wątpliwości, czy „Echo kłamstw” to coś więcej niż przeciętny średniak, to ostatecznie na ziemię sprowadza scena morderstwa Dagmary dokonanego… foliową reklamówką. Przeczytałem to dwa razy, bo nie dowierzałem. Kojarzycie, jak Małgorzatę Kożuchowską zamordowały puste pudełka? No jasne, że kojarzycie, każdy kojarzy. Scena z foliową reklamówką, Dagmarą i… mordercą (bez spoilerów) to dokładnie ten sam poziom absurdu.
Choć styl pisania Sylwii Bies jest momentami całkiem przyjemny w odbiorze, trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej książce kilka rzeczy poszło bardzo nie tak. Po naprawdę intrygującym początku szybko wpadamy na równię pochyłą, która - przy wydatnej pomocy grawitacji - ciągnie nas w dół. Ostatnie strony to już jazda na brzuchu, ścieranie naskórka i pełne zanurzenie w chaosie, naiwnych zbiegach okoliczności oraz kompletnej niewiarygodności.
Najnowsza powieść Sylwii Bies to zmarnowany potencjał - to główna myśl, która towarzyszy mi po lekturze „Echa kłamstw”. Szkoda, bo naprawdę liczyłem na solidną rozrywkę i historię, którą mógłbym Wam polecić. A wyszło, jak wyszło. Aż chce się zaśpiewać razem z Sylwią Grzeszczak: „Koniec gry, mamy dość, wypadamy w out”.
oprawa: miękka ze skrzydełkami



Komentarze
Prześlij komentarz