📼 TO JEJ WINA (2025) 🔻 🆂ꜰɪʟᴍᴏᴡᴀɴɪ ⑦①
Gdy pod koniec zeszłego roku SkyShowtime zapowiedziało, że wrzuci na swoją platformę serial „To jej wina”, coś od razu mi kliknęło. Czy ja czasem nie czytałem kiedyś książki o tym tytule? Okazało się, że to jej ekranizacja. Dwa lata zrobiły jednak swoje i fabuły właściwie już nie pamiętałem, ale pozostał taki cierpki posmak gdzieś z tyłu głowy, że to nie była zbyt dobra książka. Zajrzałem do własnej recenzji z 2022 roku i już wiedziałem, co mi tam nie leżało.
Andrea Mara popełniła prawdopodobnie najcięższy grzech twórcy thrillera aspirującego do thrillera psychologicznego - chciała za dużo. Popełniła dokładnie ten sam błąd, który zrobiła Sylwia Bies w swojej powieści „Echo kłamstw”, którą omówię w niedalekiej przyszłości. Zamiast stworzyć dynamiczną opowieść z chociaż jednym ciekawym bohaterem, napisała smętną i chaotyczną historię z wieloma zupełnie nieciekawymi postaciami, a nawet dwie z nich uczyniła głównymi bohaterkami. Doceniłem za to sam pomysł na powieść i chyba to samo zrobiła Megan Gallagher - showrunnerka i główna scenarzystka „To jej wina”.
Babka pracowała ostatnio przy serialu według pomysłu Harlana Cobena „Lazarus”. Pomyślałem: ok, dobra, zobaczymy, jak poradziła sobie z bardzo przeciętnym - w mojej ocenie - materiałem źródłowym. I wiecie co? Dała radę. Serialowa adaptacja powieści „To jej wina” bije książkę na głowę.
Gallagher poprzesuwała tu trochę akcenty - matkę porywaczki, która była jedną z narratorek powieści, odsunęła w kąt, dokładnie tam, gdzie jej miejsce. Jedna z najgorszych postaci w książce, z niewiadomych dla mnie powodów wyniesiona do rangi jednej z najważniejszych, w serialu pojawia się epizodycznie i właściwie to wystarczy, by dostrzec w niej podłą i wredną sukę, która nigdy nie powinna mieć dzieci.
Postać Jenny w książce Mary jest nijaka jak mrożona pizza z Biedronki, w serialu staje się sympatyczną matką z przedmieścia, która musi mierzyć się nie tylko z internetowym hejtem, ale też z mężem dupkiem. Te zmagania są w serialu pokazane naprawdę dobrze. Zresztą tę rolę gra Dakota Fanning, która idealnie wpisuje się w wizerunek skromnej, sympatycznej dziewczyny z przedmieścia i to właśnie ona nadaje swojej bohaterce to niewymuszone, naturalne ciepło, które nie zawsze było widoczne w jej odpowiedniczce w książce.
Również Sophia Lillis, którą pamiętam najlepiej jako Beverly Marsh z „To”, wypada świetnie jako porywaczka i dziewczyna o bardzo złożonej osobowości oraz skomplikowanym życiorysie. Jest też Michael Peña, który jak mało kto nadaje się do ról poczciwych gliniarzy z niełatwą sytuacją domową; tutaj jest taką "dobrą duszą" całej historii, w dodatku z miłości do syna poświęca własne zasady. Peñę zacząłem doceniać dopiero po „Narcos: Meksyk”, ale z każdą kolejną rolą bardzo pozytywnie mnie zaskakuje.
Z kolei niemiłym zaskoczeniem okazała się Sarah Snook… Kto na etapie castingu mógł pomyśleć, że ona sprawdzi się w głównej roli? I kto ten irracjonalny pomysł wprowadził w życie? Snook, którą możecie kojarzyć z „Sukcesji”, to zdecydowanie najsłabsze ogniwo „To jej wina”. Babka nie potrafi grać emocji i momentami miałem wrażenie, jakby wyciągnęli ją z jakiegoś niskobudżetowego serialu telewizyjnego - jednego z tych kryminalnych tasiemców w stylu „Agentów NCIS”, gdzie Sarah gra epizodyczną rolę niemiłej baby w supermarkecie.
W moim przekonaniu Snook to beztalencie, ale Universal jednak dał jej główną rolę i to jest największy minus tego serialu. Co oczywiście pozostaje kwestią dyskusyjną - dla kogoś jej obecność na ekranie może być wartością dodaną. Może komuś jej nieudolna gra aktorska nie przeszkadza, ale - no do cholery - gdy masz obok Fanning, Lillis i Peñę, wypadałoby, żebyś ty, mając główną rolę, też się jakoś zaprezentowała. A tymczasem… ehhh.
Ale wiecie co? Olać Sarę Snook. Owszem, jest ciężko strawna, ale warto ją przeboleć, bo „To jej wina” to przede wszystkim bardzo dobrze nakręcony, dynamiczny serial, który świetnie się ogląda. A sam finał - o ile nie czytaliście książki - będzie dla Was sporym zaskoczeniem. To nie jest produkcja pełna fajerwerków, ale zwroty akcji sprawiają, że całość trzyma w napięciu i zgrabnie się domyka.
W tym przypadku ekranizacja okazała się znacznie lepsza od literackiego pierwowzoru i spokojnie mógłbym postawić ją za przykład adaptacji zrealizowanej z głową i wyczuciem. Brawo!
reżyseria: Kate Dennis, Minkie Spiro
scenariusz: Megan Gallagher, Phoebe Eclair-Powell, Kam Odedra, James Smythe
obsada: Sarah Snook, Sophia Lillis, Dakota Fanning, Michael Peña, Jake Lacy i inni
kraj: USA


Komentarze
Prześlij komentarz