📼 CARRIE (2002) 🔻 🆂ꜰɪʟᴍᴏᴡᴀɴɪ 𝟠𝟝
Na początku XXI wieku ktoś wpadł na genialny pomysł, aby odświeżyć „Carrie” - ekranizację debiutanckiej powieści Stephena Kinga. Od premiery filmu De Palmy minęło ponad ćwierć wieku - to dużo i mało zarazem, zależy jak na to spojrzeć. Zresztą czas nie jest taki ważny - ważne jest to, i tu pojawia się problem, że nakręceniem nowej wersji zajęło się MGM Television, a do pracy nad filmem zaangażowano twórców, którzy kręcili seriale oraz niskobudżetowe filmy telewizyjne i wideo. To, że nie jest to produkcja kinowa, widać od razu. Pierwszy objaw? Kiepskie zdjęcia - dostajemy nimi po oczach już od pierwszych minut, a potem pojawiają się „aktorzy”. Ilość paździerza przyćmiewa składy Castoramy i OBI razem wzięte. Nie ma tam nikogo, kto dobrze gra, albo chociaż jest przeciętny - wszyscy sprawiają wrażenie, jakby na plan filmowy trafili z jakiejś łapanki pod centrum handlowym.
Fabuła w dużej mierze pokrywa się z książką. Pojawiają się sceny, które pominięto w pierwszej wersji, a które napisał King. Jednak Bryan Fuller - scenarzysta tego gniota - dodał też sporo od siebie, łącznie z zupełnie innym zakończeniem, co jest kolejnym minusem. O Fullerze nie będę się rozpisywał, bo nie warto. To kolejny koleś mocno związany z serialami i filmami telewizyjnymi, który dopiero niedawno wyszedł z tej bańki. Dość powiedzieć, że scenariusz jest mizerniutki, ale i tak lepszy od reżyserii, efektów specjalnych, zdjęć i aktorstwa. W sumie to ten słaby scenariusz - co zalatuje paradoksem - jest najmocniejszą stroną tego filmu. I choć w finałowej scenie panujący chaos i ogólna demolka są dużo większe niż w pierwszej „Carrie”, to jednak zostało to tak dupiato nakręcone, tak nieudolnie pokazane, że w sumie wolę już tę niskobudżetową zadymkę De Palmy.
No i czas trwania filmu… To gówno trwa ponad dwie godziny, a to stanowczo za długo. Dzięki temu znalazło się jednak miejsce na sceny, które nic nie wnoszą, a nawet na cały dodatkowy wątek. Chodzi mi o policyjne śledztwo. Cały film jest poprzetykany scenami z jakiejś kanciapy, w której zeznają kolejni, którzy przeżyli noc balu maturalnego. Domyślam się, że to swoista odpowiedź na to, co King zrobił w powieści. Tylko że w filmie nie ma to większego sensu - nie broni się, a wręcz przeciwnie. Dostajemy kolejne fatalnie zagrane sceny, które jedyne, co robią, to nabijają minuty tej wijącej się stonogi.
Strasznie mnie wymęczyła ta „Carrie”. Stare filmy telewizyjne rzadko kiedy były znośne, a obraz Davida Carsona - reżysera, któremu (podobnie jak scenarzyście) nie warto poświęcać większej uwagi - na pewno się do nich nie zalicza. Gdyby trwał 80 minut, byłby może bardziej strawny, a tak… Nie, nie róbcie sobie tego - nie oglądajcie „Carrie” z 2002 roku.
scenariusz: Bryan Fuller
obsada: Angela Bettis, Kandyse McClure, Patricia Clarkson, Rena Sofer, Emilie de Ravin i inni
kraj: USA
rok produkcji: 2002
_b.jpg)
_p.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz