📼 CARRIE (2013) 🔻 🆂ꜰɪʟᴍᴏᴡᴀɴɪ 𝟠𝟞

 film na podstawie powieści
Stephena Kinga

„Carrie” wydaje się dziełem ponadczasowym. Na pewno nie jest to literatura wybitna, ale z pewnością taka, która niesie przesłanie i zostaje w pamięci. Stephen King zadebiutował dobrą powieścią, nic więc dziwnego, że filmowcy chętnie po nią sięgają. Pierwszy był Brian De Palma i przez wielu jego film uznawany jest za kultowy. Ja nie jestem aż tak ortodoksyjny - uważam tę produkcję za bardzo dobrą, ale obarczoną ograniczeniami wynikającymi z niewielkiego budżetu. Zwłaszcza finałowa scena, gdy Carrie White wpada w amok zniszczenia, aż prosiła się o większe środki. O telewizyjnej wersji z 2002 roku wolę nawet nie wspominać - to po prostu fatalny film, jeden z tych kaszalotów, które chciałoby się jak najszybciej wymazać z pamięci.

Tak dochodzimy do roku 2013 i trzeciej ekranizacji debiutanckiej powieści Kinga. Tym razem za kamerą stanęła Kimberly Peirce, która przed „Carrie” zrealizowała niskobudżetowy, ale dobrze przyjęty film „Nie czas na łzy” oraz przeciętny dramat wojenny „Stop Loss”, który przy budżecie 25 mln dolarów przyniósł stratę rzędu 14 mln. Ktoś jednak w MGM uznał, że z „Carrie” sobie poradzi, i powierzył jej projekt z budżetem 30 milionów. Do napisania scenariusza zaangażowano Lawrence D. Cohen - twórcę pierwszej filmowej „Carrie” - oraz Roberto Aguirre-Sacasa, który nie miał dużego doświadczenia w branży filmowej, za to od lat współpracował z Marvel Comics. To może nie byłoby istotne, gdyby nie finałowa scena, w której można dopatrzyć się inspiracji produkcjami Marvela.

Nowa „Carrie” to przede wszystkim film dla młodego widza - takiego, który niekoniecznie odnajdzie się w realiach lat 70., a dużo łatwiej przyswaja współczesność. To ma sens. Jeśli ktoś zarzuca filmowi Peirce, że jest kalką wersji De Palmy, warto przypomnieć, że oba obrazy opierają się na tej samej książce. Jeśli twórcy nie zamierzali odciąć się od materiału źródłowego i stworzyć czegoś zupełnie nowego, naturalne jest, że efekt będzie podobny - tym bardziej że za scenariusz odpowiadał ten sam człowiek. I to akurat duży plus tej produkcji. Cohen już za pierwszym razem wyłuskał z powieści Kinga to, co najlepsze, dodając od siebie naprawdę niewiele. Tak samo jest w wersji z 2013 roku.

I jasne - może nie ma tu klimatu filmu De Palmy, ale pod względem realizacyjnym nowa „Carrie” wypada lepiej. Finałowa scena, nawet jeśli uznać ją za zbyt „marvelowską”, jest po prostu świetnie zrobiona. To pierwsza ekranizacja tej powieści, w której naprawdę czuć chaos wydarzeń, ale też pierwsza, w której Carrie reaguje na los Tommy’ego - moment, gdy chłopak dostaje wiadrem w głowę, nie zostaje zepchnięty na margines. Mam też wrażenie, że w tej wersji większy nacisk położono na relacje między bohaterami - nie tylko Carrie-Tommy, ale przede wszystkim Carrie-matka. Julianne Moore jako Margaret White, przyćmiewając swoje poprzedniczki, choć - nie ukrywajmy - miała ułatwione zadanie, bo zarówno Piper Laurie, jak i Patricia Clarkson nie podołały w pełni roli psychopatycznej dewotki, niszczącej osobowość Carrie od najmłodszych lat. Patrząc na to w ten sposób, scenariusz nowej „Carrie” jest lepszy od pierwowzoru filmowego. Ale to nie wszystko.

Lepsze jest też aktorstwo. Chloë Grace Moretz może nie jest idealną kandydatką na „brzydulkę” Carrie, ale Sissy Spacek również nie była wiernym odzwierciedleniem książkowego opisu. Pomijając wygląd, Moretz wypada znacznie lepiej aktorsko - jej interpretacja jest bardziej intensywna, skupiona na emocjach, które wyraźnie rysują się na twarzy bohaterki. Scena, w której kuca przy martwym Tommym, zanim dochodzi do eksplozji jej mocy, to coś, czego wyraźnie brakowało mi w poprzednich ekranizacjach. Zresztą relacja Carrie-Tommy jest tu znacznie głębsza niż w książce i wcześniejszych filmach - i to naprawdę czuć.

Pierwszą próbę uwspółcześnienia „Carrie” podjęto w 2002 roku, ale już ustaliliśmy, że nie była udana. Wersja Peirce również rozgrywa się w XXI wieku, a zatem prześladowanie głównej bohaterki odbywa się także za pośrednictwem internetu i YouTube’a. To wyraźny ukłon w stronę młodego widza, który uważam za trafiony. Na plus działają też zdjęcia, efekty specjalne (których w wersji z 1976 roku praktycznie nie było, a w tej z 2002 pozostawiały wiele do życzenia) oraz muzyka Marco Beltrami - twórcy ścieżek dźwiękowych m.in. do „Krzyku”, „Resident Evil” czy „Halloween: 20 lat później”.

Gdy zabierałem się do pisania tej opinii, towarzyszyła mi myśl, że nowa „Carrie” jedynie dorównuje starej. Jednak przy dokładniejszym porównaniu doszedłem do wniosku, że to głównie sentyment przemawia na korzyść filmu De Palmy. Owszem, jego wersja ma swój unikalny klimat, ale sam klimat nie wystarczy, by udźwignąć całą historię. W mojej ocenie „Carrie” Peirce - aktorsko, wizualnie i dźwiękowo - wypada znacznie lepiej. Dlatego stawiam ją na pierwszym miejscu i zdecydowanie polecam.

tytuł oryginalny: Carrie
reżyseria: Kimberly Peirce
scenariusz: Roberto Aguirre-Sacasa, Lawrence D. Cohen
obsada: Chloë Grace Moretz, Julianne Moore, Judy Greer, Gabriella Wilde, Portia Doubleday i inni
kraj: USA
czas trwania: 100 min
rok produkcji: 2013
gatunek: horror 🎬 format: film kinowy
ocena: 💀💀💀💀💀💀💀💀 8/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

📚 JEST KREW... | Stephen King 🔻🅾ᴘɪɴɪᴀ

📚 CARRIE | Stephen King 🔻🅾ᴘɪɴɪᴀ

📚 DZIEWCZYNA Z POCIĄGU | Paula Hawkins 🔻🅾ᴘɪɴɪᴀ