📚 WIELKI MARSZ | Stephen King (aka Richard Bachman) 🔻 🆁ᴇᴄᴇɴᴢᴊᴀ
Po pięciu latach ponownie sięgnąłem po „Wielki Marsz” - głównie po to, by odświeżyć sobie tę historię przed obejrzeniem filmu, ale też sprawdzić, jakie zrobi na mnie drugie wrażenie.
„Wielki Marsz” to dystopia, którą Stephen King napisał już w 1967 roku, a więc na długo przed swoim oficjalnym debiutem. Powieść została wysłana na konkurs organizowany przez wydawnictwo Random House, jednak nie zdobyła tam uznania. Ostatecznie ukazała się dopiero w 1979 roku, pod pseudonimem Richard Bachman. Powodów, dla których King na początku kariery publikował zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i pod pseudonimem, było kilka, ale nie mają one większego znaczenia dla odbioru tej książki - dlatego zostawmy ten temat i skupmy się na samej historii.
Co zatem znajdziecie w „Wielkim Marszu”? Dziwny świat, w którym co roku setka nastoletnich chłopaków rusza na morderczy spacer przez stan Maine. Maszerują bez przerwy - dniem i nocą - a ich wędrówka kończy się dopiero wraz ze śmiercią dziewięćdziesiątego dziewiątego uczestnika. Otrzymujemy więc blisko trzysta stron brutalnej opowieści o rzeczywistości, której do końca nie rozumiemy - nie wiemy bowiem, czy jest to wizja przyszłości, czy alternatywna wersja świata. Zresztą to nie jest ważne, bo szybko rodzi się pytanie: Czy ma ona sens? Według mnie - niespecjalnie. Punkt wyjścia dla tej opowieści jest mocno odklejony. King stara się to zamaskować relacjami między bohaterami i po części mu się to nawet udaje, ale wrażenie niedopracowania tej książki, pozostawało ze mną przez cały czas. I jasne, to jest opowieść przede wszystkim o bandzie dzieciaków, która snuje się drogami Ameryki i ginie po kolei od kul towarzyszących im żołnierzy, ale to jest jednocześnie bardzo płytkie i - co zakrawa na paradoks - na swój sposób wciągające.O samej Ameryce w „Wielkim Marszu” wiemy niewiele. King nie rozwija szerzej tła, skupiając się przede wszystkim na Rayu Garratym - głównym bohaterze - oraz kilku innych chłopakach biorących udział w Marszu. Motyw „ocaleje tylko jeden” był później wielokrotnie eksploatowany: wystarczy wspomnieć „Battle Royale” Koushuna Takamiego, „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins czy serial „Squid Game”. W „Wielkim Marszu” dostajemy jednak coś więcej - pogłębioną warstwę psychologiczną. To opowieść o oswajaniu się z okrucieństwem i śmiercią, o błyskawicznym kursie dorastania, również o przyjaźni. Chłopcy o różnych charakterach i temperamentach - wciąż przecież dzieci - zostają wrzuceni na głęboką wodę, która pochłonie dziewięćdziesiąt dziewięć procent z nich. I to jest nawet nieźle przedstawione, czuć wśród bohaterów emocje, ale - no właśnie - czy jest coś poza tym?
Dlaczego w ogóle te dzieciaki biorą udział w Marszu? Powieść nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Nie dowiadujemy się również, dlaczego Wielki Marsz w ogóle jest organizowany ani co sprawiło, że społeczeństwo z taką fascynacją przygląda się śmierci nastolatków.
I tych pytań bez odpowiedzi jest tu znacznie więcej. To sprawia, że po lekturze czuję pewien niedosyt i mam wrażenie, że młody King nie dopracował swojej powieści w takim stopniu, w jakim mógłby. W dystopii przyczyny wydają się równie istotne jak skutki – tutaj natomiast otrzymujemy głównie to drugie. Skąd wzięły się dyktatorskie rządy bezimiennego Majora? Jakie mechanizmy doprowadziły do tego, że całe społeczeństwo traktuje Marsz jak makabryczne igrzyska? Tego autor nie wyjaśnia - i każe czytelnikowi przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest. Co może wystarczało w latach '60, ale teraz... Mam wrażenie, że jako czytelnicy jesteśmy ciut bardziej wymagający i powiedzenie nam, że "jest jak jest i nie interesuj się szczegółami" zwyczajnie nam nie wystarcza.
Mimo to w warstwie psychologicznej „Wielki Marsz” broni się całkiem nieźle. Jasne, na dłuższą metę, bywa to męczące, zwłaszcza, że rozkminki bohaterów lubią się powtarzać, ale ich rozterki i obserwacje bywają też niezwykle celne, a proces oswajania się ze śmiercią - zarówno cudzą, jak i własną - został przedstawiony przekonująco. Mimo tego, "Wielki Marsz" jest raczej pozycją przeciętną niż dobrą.
Na pewno nie poleciłbym jej jako pierwszego kontaktu z twórczością Kinga. Na początek lepiej sięgnąć po jego bardziej dopracowane i - często - bardziej rozbudowane powieści, jak „Miasteczko Salem”, „Pod kopułą” czy „To” (choć ta ostatnia propozycja jest raczej dla miłośników naprawdę pokaźnych tomów). "Wielki Marsz" miał potencjał, ale Stephen King go nie wykorzystał, zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz w swojej karierze.



Komentarze
Prześlij komentarz