📚 PIONEK | Małgorzata i Michał Kuźmińscy
Tworząc „Ślebodę”, Małgorzata i Michał Kuźmińscy znaleźli swoją literacką niszę. Choć debiutowali kryminałami retro, to właśnie cykl etnograficzny z Anką Serafin i Bastianem Strzygoniem przyniósł im rozpoznawalność i pozwolił wyróżnić się na rynku kryminału. Pierwszy tom ukazał się w 2015 roku i zabrał czytelników w góry. Rok później wyszedł „Pionek”, tym razem przenoszący nas na Śląsk. Stare kopalnie, familoki i środowisko studenckie Politechniki Śląskiej stają się tłem opowieści o seryjnym mordercy, który grasował na początku lat 90. Norman Pionek, zwany Wampirem z Szombierek, od ponad dwóch dekad siedzi w więzieniu, ale znalezione właśnie ciało młodej kobiety sugeruje, że doczekał się naśladowcy.
Zamordowana była studentką Politechniki Śląskiej, a znajomi nazywali ją Miśką. Na tej samej uczelni Anka Serafin rozpoczyna właśnie gościnne wykłady. Początkowo nie zamierza angażować się w sprawę. Po kryminalnych atrakcjach w górach ma już dość podobnych rozrywek. Tymczasem do Gliwic przyjeżdża Bastian Strzygoń. Dziennikarz, który po wylocie z gazety z wilczym biletem próbuje swoich sił jako niezależny bloger. Idzie mu średnio, ale kiedy zwietrzy kolejny temat, trudno go powstrzymać. Nie chce jednak pisać o Miśce, bo o niej mówi już cała Polska, a on przecież musi się jakoś wyróżnić. Postanawia więc sięgnąć do przeszłości i przyjrzeć się Pionkowi oraz jego ofiarom sprzed ćwierć wieku. Załatwia sobie nawet widzenie z mordercą. Problem w tym, że Pionek nie ma ochoty z nim rozmawiać. Chętnie porozmawia za to z kobietą, a tak się składa, że jedyną kobietą, którą Bastian może namówić na spotkanie z seryjnym mordercą, jest Anka. No i masz babo kryminał!
Kuźmińscy w „Ślebodzie” ustawili poprzeczkę dość wysoko. Po tak wyśmienitym kryminale oczekiwania były spore i „Pionek” w dużej mierze im sprostał. Przede wszystkim autorzy unikają typowego kryminału policyjnego, co jest dla mnie dużym plusem. Psiarskich mamy w literaturze aż nadto, a wielu z nich różni się od siebie mniej więcej tak, jak dwa paragony z tej samej Biedronki. W „Pionku” śledczy oczywiście się pojawiają, ale pozostają na drugim, a najczęściej nawet na trzecim planie. Najważniejsze jest dziennikarskie śledztwo Bastiana oraz Anki, która z czasem coraz mocniej wkręca się w sprawę Pionka. Zwłaszcza gdy odkrywa, że seryjny morderca właściwie przez cały czas mija się z prawdą. Na dodatek ktoś bardzo nie chce, żeby ona i Bastian grzebali w przeszłości. A wiadomo, że im bardziej ktoś próbuje zamieść coś pod dywan, tym większa szansa, że prędzej czy później sam się o to potknie.
„Pionek” to również opowieść o małej ojczyźnie. Śląsk odgrywa tu pierońsko ważną rolę i jest niemal pełnoprawnym bohaterem historii. Kuźmińscy doskonale oddają klimat regionu, jego specyfikę i charakterystyczną dla niego społeczność. Nie traktują go jak pocztówki z familokiem w tle, którą można dorzucić do kryminalnej fabuły dla ozdoby. Tutaj historia, tożsamość, lokalne przyzwyczajenia i wzajemne zależności mają ogromne znaczenie. Śląsk nie jest dekoracją, którą po zakończeniu zdjęć można zwinąć i schować do magazynu. To żywy organizm, pełen własnych traum, tajemnic i ludzi, którzy niekoniecznie mają ochotę opowiadać o nich przy niedzielnym rosole.
Wątki obyczajowe stanowią ważną część powieści i nie pozostają bez wpływu na kryminalną intrygę. Ta z kolei została dobrze przemyślana i sprawnie poprowadzona. Autorzy umiejętnie dozują informacje, podrzucają kolejne tropy i pokazują, jak przeszłość potrafi rzucać cień na teraźniejszość. Czytelnik próbuje poskładać wszystko w całość, ale Kuźmińscy nie zamierzają ułatwiać mu zadania. Kiedy wydaje się, że jeden element układanki wreszcie pasuje, zaraz okazuje się, że obrazek przedstawia coś zupełnie innego. I bardzo dobrze, bo w kryminale nie ma nic gorszego niż zagadka rozwiązana po pierwszych stu stronach, po której zostaje już tylko czekanie, aż bohaterowie sami dojdą do tego, co czytelnik dawno zdążył wykombinować.
Podobnie jak w „Ślebodzie”, tak i w „Pionku” nie brakuje lokalnych układów ocierających się o małą mafię, wzajemnych przysług i ludzi, którzy wiedzą więcej, niż chcieliby przyznać. W takim środowisku prawda bywa wyjątkowo niewygodna, zwłaszcza gdy może narobić komuś bałaganu w życiorysie. Nie wystarczy więc znaleźć sprawcę i zamknąć go w celi. Trzeba jeszcze zrozumieć, dlaczego pewne sprawy przez lata pozostawały niewyjaśnione i komu zależało na tym, żeby tak właśnie zostało. Dzięki temu „Pionek” nie jest wyłącznie historią o seryjnym mordercy, lecz także opowieścią o mechanizmach, które pozwalają niewygodnym faktom obrastać kurzem.
Dużym atutem powieści jest również duet głównych bohaterów. Anka i Bastian nie tworzą kolejnej pary śledczych, którzy od pierwszej strony działają jak idealnie naoliwiona maszyna do rozwiązywania zagadek. Oboje mają własne ambicje, słabości i charaktery (jakże sprzeczne względem siebie), a ich współpraca nie zawsze przebiega bez zakłóceń. Czasem przypomina jazdę samochodem z niesprawnym sprzęgłem: niby posuwamy się do przodu, ale co chwilę coś szarpie i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie lepiej było zostać w domu. Dzięki temu relacja bohaterów wypada naturalnie, a samo śledztwo nie zamienia się w mechaniczne odhaczanie kolejnych tropów.
Czy „Pionek” jest pozbawiony wad? Oczywiście, że nie. Momentami można odnieść wrażenie, że autorzy nieco za bardzo rozbudowali tło obyczajowe. Główna intryga musi wtedy ustąpić miejsca kolejnym informacjom o bohaterach i lokalnej społeczności. Nie jest to jednak problem, który wywraca powieść do góry nogami. Dodatkowe wątki przeważnie pracują na korzyść całości, a regionalny koloryt sprawia, że książka ma własny charakter. Nie jest kolejnym kryminałem, który po przeczytaniu odkładamy na półkę i po tygodniu nie potrafimy odróżnić od pięciu innych.
Ostatecznie „Pionek” potwierdza, że Kuźmińscy wiedzą, co robią. Potrafią połączyć kryminalną zagadkę z opowieścią o miejscu, jego mieszkańcach i sekretach, które potrafią przetrwać dłużej niż niejeden związek. Nie muszą przy tym zasypywać czytelnika kolejnymi zwłokami ani urządzać festiwalu policyjnych procedur, żeby utrzymać jego uwagę. Wystarczą dobrze skonstruowana intryga, wiarygodni bohaterowie i świadomość, że najciekawsze tajemnice nie zawsze kryją się w lesie czy opuszczonej kopalni. Czasem wystarczy zapytać ludzi, którzy od lat udają, że niczego nie pamiętają.
Po „Ślebodzie” poprzeczka wisiała wysoko, ale „Pionek” nie zaliczył bolesnego spotkania z podłogą. To solidny, klimatyczny kryminał z wyrazistym regionalnym charakterem, który udowadnia, że Śląsk ma do opowiedzenia znacznie więcej niż historię przemysłu i górniczych familoków. Anka Serafin i Bastian Strzygoń po raz kolejny pokazują też, że kiedy w okolicy pojawia się trup, najlepiej trzymać ich z dala od sprawy. Co, rzecz jasna, nigdy się nie udaje.
Dobra robota, Kuźmińscy! Jest klimat, jest zagadka, są tajemnice, a czytelnik ma kolejny powód, żeby odłożyć codzienne obowiązki na później. A przecież o to w dobrym kryminale chodzi: żeby na chwilę zapomnieć o własnych problemach i pogrzebać w cudzych. Najlepiej takich, które mają co najmniej dwadzieścia pięć lat i kilka trupów w szafie.




Komentarze
Prześlij komentarz