📼 TELEFON PANA HARRIGANA (2022) 🔻 🆂ꜰɪʟᴍᴏᴡᴀɴɪ ⑦⑦
Do produkcji Netflixa podchodzę trochę jak pies do jeża - bardzo ostrożnie i już zawczasu powarkując, bo dobrze wiem, że ta fabryka kiczu i tandety ma bardzo niewiele wartościowych treści w swoim portfolio. Nawet znakomitą markę potrafią koncertowo spieprzyć, nie potrafią - albo zwyczajnie nie chcą - udźwignąć produkcji stricte historycznych czy takich o podobnym zabarwieniu, a chora poprawność polityczna urosła u nich do rangi religii, czy raczej toksycznego sekciarstwa.
Mimo to chciałem zobaczyć "Telefon pana Harrigana", bo z drugiej strony scenariuszem i reżyserią zajął się John Lee Hancock, twórca „Wielkiego Mike’a” - jednego z najlepszych, moim zdaniem, filmów pierwszej dekady XXI wieku. „Telefon pana Harrigana”, podobnie jak „Wielki Mike”, potrzebował twórcy, który potrafi pokazać na ekranie uczucia. Czy to się udało? Niby tak, ale po Hancocku spodziewałem się większej energii.
W przypadku tego filmu pierwsze, co rzuca się w oczy, to pietyzm, z jakim scenarzysta podszedł do ekranizacji opowiadania Stephena Kinga. Widać wielki szacunek do źródła - w scenariuszu nie ma mowy o zmianach charakterów postaci ani o większym ingerowaniu w samą historię. To czyni tę produkcję jedną z wierniejszych ekranizacji prozy Kinga, ale - niestety - niepozbawioną wad.
Do gry aktorskiej właściwie nie mogę się przyczepić. Jaeden Martell - młody aktor, którego możecie kojarzyć między innymi z roli Billa Denbrough z nowej wersji „To” - daje radę, chociaż czasami mógłby pokazać trochę więcej emocji. Donald Sutherland to prawdziwa legenda i choć rola tytułowego pana Harrigana nie jest przesadnie duża, a Sutherland przez sporą część filmu głównie siedzi w fotelu, to jednak jego wcielenie w emerytowanego, bezwzględnego biznesmena, który daje życiowe rady swojemu podopiecznemu, robi wrażenie.
To, co mnie razi w „Telefonie pana Harrigana”, to kilka scenariuszowych głupotek i niedociągnięć. Głupotką jest szkolna hierarchia przedstawiona przez Hancocka, która opiera się na… markach telefonów, jakie posiadają uczniowie. Wiecie - tutaj siedzą iPhone’y, tam Samsungi, a jeszcze gdzie indziej Motorole. Serio? Dzieciaki w liceum są aż tak próżne? Znaczy się, są na pewno, ale czy aż tak?
I dlaczego Craig i Regina, którzy w opowiadaniu przez moment byli tak jakby parą, tutaj komunikują się wyłącznie SMS-ami? Ja pamiętam czasy, gdy telefony komórkowe stawały się powszechne - byłem wtedy gówniarzem zaczynającym liceum i niemal każdy miał już swój telefon - ale nadal ze sobą rozmawialiśmy, zwłaszcza z kimś, kto nam się podobał. Tutaj Hancock niepotrzebnie to przerysował, zrobił z tych dzieciaków jakieś towarzyskie ameby. Nie podobało mi się to. Nie mam pojęcia, czy wpadł na to sam, czy ktoś z Netflixa szepnął mu taki „genialny” pomysł, ale w sumie co to mnie obchodzi. Dla mnie, jako odbiorcy, ważne jest to, że pokazano mi durnotę.
Mimo tego uważam jednak „Telefon pana Harrigana” za film niezły. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę niskie standardy jakościowe Netflixa - wtedy obraz Hancocka wypada wręcz bardzo dobrze. Jeśli jednak na chwilę zapomnimy o tej czerwonej „ence”, można powiedzieć, że nie jest źle. Nie jest też super, ale w sumie tego nawet się nie spodziewałem. To film jak najbardziej do obejrzenia - i to bez większej żenady.
Obraz na pewno o niebo lepszy od nakręconego pięć lat wcześniej, również przez Netflix, „1922”, opartego na innym tekście Kinga. Tamto dopiero było fatalne. Natomiast „Telefon pana Harrigana”, mimo swoich rzucających się w oczy wad, to film całkiem dobry.
reżyseria: John Lee Hancock
scenariusz: John Lee Hancock
obsada: Jaeden Martell, Donald Sutherland, Joe Tippett, Colin O'Brien, Kirby Howell-Baptiste i inni
kraj: USA
rok produkcji: 2022


Komentarze
Prześlij komentarz