📚 JEST KREW... | Stephen King 🔻🅾ᴘɪɴɪᴀ
Miesiąc temu, przy okazji wieszania psów na „Bastionie” (łooo matko, jakie to było złe, jakie nudne!), postanowiłem zrobić sobie dłuższą przerwę od Kinga i jego twórczości. Konsekwencja nie jest jednak moją mocną stroną, bo gdy tylko na Prime Video pojawiło się „Życie Chucka”, od razu postanowiłem wrócić do całego zbioru „Jest krew…”, który czytałem jakieś pięć lat temu i który - jak pamiętam - całkiem mi się podobał.
I wiecie co? Podtrzymuję tę opinię, ale tylko w połowie. „Jest krew…” to cztery bardzo różne opowieści, w których King bawi się gatunkami oraz prezentuje się w różnej formie, zarówno bardzo dobrego literackiego rzemieślnika, jak i kiczowatego nudziarza odcinającego kupony od swojego sukcesu i marki, jaką przez lata po części wypracował, a po części jedynie wykreował.Zbiór otwiera „Telefon pana Harrigana” - opowiadanie grozy w wersji bardzo light. Właściwie wątek horrorowy jest tu jedynie pretekstem do opowiedzenia historii o przyjaźni starego mężczyzny i chłopca, przyjaźni, której więzi okazują się silniejsze niż śmierć. King stworzył bardzo uczuciową opowieść - owszem, o przyjaźni - ale też o dorastaniu, odpowiedzialności i… nowych technologiach. Świetny tekst, który zostaje w pamięci.
Podobnie ckliwa w tonie jest również historia zatytułowana „Życie Chucka”. King opowiada ją wspak, co na pierwszy rzut oka wydaje się pozbawione sensu, ale gdy na chwilę się zatrzymamy, zrozumiemy, co kierowało pisarzem. Tekst zaczyna się jak postapo, by potem płynnie przejść w obyczajową opowieść o życiu zwykłego faceta, który przedwcześnie umiera na glejaka, a cały jego świat znika i to dosłownie. Poznajemy wybrane momenty jego biografii, wypełnione ciepłem, ale i smutkami. „Życie Chucka” to specyficzna historia, mająca niewiele wspólnego z grozą czy fantastyką. Owszem, zaczyna się w przededniu apokalipsy, ale ten koniec świata znacząco różni się od innych literackich wizji. Zresztą nie on jest tu najważniejszy - to jedynie wybieg by opowiedzieć nam o przemijaniu, o dobrych chwilach, które warto zapamiętać, oraz o kruchości życia. Mam wrażenie, że jest tu więcej emocji niż w „Telefonie pana Harrigana” - i są to emocje, które naprawdę przyjemnie było poczuć.
Dalej mamy „Jest krew, są czołówki” - thriller paranormalny stanowiący bezpośrednią kontynuację „Outsidera” z 2018 roku. Powraca Holly Gibney i tropi kolejnego potwora podobnego do Outsidera, który żywi się strachem i bólem ludzi. Aby się „najeść”, wysadza szkołę wraz z dziećmi. Holly, oglądając w telewizji relację lokalnego reportera i dostrzega, że z mężczyzną coś jest nie tak. To podejrzenie - a właściwie przeczucie - przemienia się w pewność, gdy kontaktuje się z nią emerytowany policjant, ścigający „to coś” od dekad. W gruncie rzeczy ta opowieść nie wnosi wiele nowego. To zmodyfikowany duplikat „Outsidera” - tyle i aż. Holly straciła świeżość, jaką miała w „Panu Mercedesie” i „Znalezione nie kradzione”, i zbyt mocno zaczęła lewaczyć i to tak - momentami - na skraju fanatyzmu. Ja rozumiem dlaczego, bo sam King z wiekiem coraz mocniej się radykalizuje. Ale, serio, Stefan, twoje fobie i urojone lęki koło pompki mi latają. Weź, chłopie, dźabnij sobie lampkę winą, idź na skuna i wyluzuj trochę. A wracając do samego tekstu - jest dynamiczny, pełen akcji, choć jednocześnie niepozbawiony dłużyzn. Czyta się go dobrze, ale trudno oprzeć się wrażeniu wtórności i braku świeżego pomysłu. Na tle poprzednich dwóch opowiadać, ten wypada co najwyżej przeciętnie.
Ale najgorsze nadeszła wraz z ostatnim tekstem. Zbiór zamyka „Szczur”, w mojej opinii to najsłabsze z czterech opowiadać - przede wszystkim dlatego, że jest zdecydowanie za długi. Mamy tu niespełnionego pisarza o mocno rozchwianej psychice, który wpada na pomysł nowej powieści. Aby ją napisać, wyjeżdża do leśnej chatki odziedziczonej po ojcu i tam spotyka… szczura. Zwierzę jest jednocześnie upierdliwe i niepokojące, trochę jak dżin spełniający życzenia albo złota rybka. Bohater zaczyna wypowiadać życzenia - a ja w trakcie lektury miałem tylko jedno: żeby ta historia jak najszybciej się skończyła. To materiał na trzydzieści stron, nie na sto. Mamy tu klasyczne kingowskie dłużyzny. Całość przypomina nieco „Pokochała Toma Gordona”, momentami przywodzi na myśl „Sny w domu czarownicy” Lovecrafta, ale „Szczur” nie jest opowiadaniem, które mnie zachwyciło. Wręcz przeciwnie - po kilkudziesięciu stronach zacząłem kartkować, by szybciej dotrzeć do końca.
Koniec końców dostajemy dwa znakomite teksty - „Telefon pana Harrigana” i „Życie Chucka” - jeden dobrze napisany, lecz zdecydowanie wtórny i zbyt rozwleczony („Jest krew, są czołówki”), oraz nieszczęsnego „Szczura”, który przypomniał mi, że Stephen King wciąż balansuje między literacką znakomitością a kiczem i tandetą.
Mimo wszystko warto sięgnąć po zbiór „Jest krew…” - choćby dla dwóch pierwszych opowieści. Są naprawdę wyśmienite.
tytuł oryginalny: If it Bleeds (2020)
autor: Stephen King
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
ISBN: 978-83-8169-293-9



Komentarze
Prześlij komentarz