📼 CZŁOWIEK, KTÓRY SPADŁ NA ZIEMIĘ (1976) 🔻 🆂ꜰɪʟᴍᴏᴡᴀɴɪ 𝟙𝟙𝟝
_b.jpg)
film na podstawie powieści
Żyję na tyle długo, że widziałem już wiele dziwnych, często mocno popieprzonych filmów. Pierwszy, który przychodzi mi do głowy, to „Nekromantik” - tak zwany horror o babce, która lubi pieprzyć się z trupami. Jest też „Salò, czyli 120 dni Sodomy” - również o pieprzeniu i również mocno pojechany. Wreszcie „Martwica mózgu” z początków kariery Petera Jacksona, która podczas pierwszego seansu (a miałem wtedy jakieś 15-16 lat) sprawiała, że musiałem zatrzymywać film i odwracać głowę od ekranu, bo czułem, że zawartość mojego żołądka próbuje rozwinąć skrzydła...
„Człowiek, który spadł na Ziemię” może i nie należy do aż tak grubego kalibru popieprzenia, ale niewątpliwie popieprzony jest. Teoretycznie Paul Mayersberg - autor scenariusza - dostał zadanie przeniesienia powieści Waltera Tevisa na ekran, ale moim zdaniem ta misja zwyczajnie go przerosła. Żeby nie było, „Człowiek, który spadł na Ziemię” nie jest tekstem łatwym do sfilmowania. Tevis mocno postawił na psychologię postaci, więc albo należało zrobić wierną ekranizację, zatrudniając naprawdę dobrych aktorów, którzy potrafiliby przekazać emocje swoich bohaterów, albo zdecydować się na adaptację w bardziej widowiskowym stylu. Problem w tym, że Brytyjczycy poszli w jeszcze inną stronę, tworząc dziwaczny twór, który do książki odnosi się bardzo luźno, a przy tym jest chaotyczny, fatalnie napisany i jeszcze gorzej zrealizowany oraz zagrany.
Zatrzymajmy się na moment przy tym chaosie. Ktoś, kto nie czytał książki, z filmu Roega nawet się nie dowie, po co główny bohater przybył na Ziemię, co właściwie kombinuje ani w którym momencie rozpoczyna się jego przemiana. Wątki pojawiają się i znikają nagle, jakby ktoś bawił się włącznikiem światła. Pstryk - jest nowy wątek, nowy bohater. Pstryk - już ich nie ma i lecimy dalej. Nie ma tu wyraźnie zarysowanej linii fabularnej, za to wszystko jest przerysowane: aktorstwo, pretensjonalne zabiegi stylistyczne, relacje między bohaterami. Pseudometafory konkurują ze zwisającą fujarą Davida Bowiego i cyckami Candy Clark, a kolejne postaci przewijają się przez ekran i właściwie cholera wie, co robią i jakie mają znaczenie dla całej historii.
Weźmy chociażby Nathana Bryce’a, granego przez Ripa Torna. W powieści poznajemy go jako profesora, który wpada na trop Newtona i jego niejasnego pochodzenia. Powieściowy Bryce drąży, dopytuje, prowadzi nawet coś na kształt prywatnego śledztwa. Tymczasem w filmie wiemy o nim głównie tyle, że lubi posuwać młode laski, po czym ni stąd, ni zowąd trafia do firmy Newtona. Dlaczego? Z jakiej paki? Tego już film nam nie wyjaśnia. I takich niejasności, takich motywów wyciągniętych prosto z dupy, jest tutaj cała masa.
Do tego wszystkiego dochodzi wymoczkowaty, zblazowany i pompatyczny David Bowie, który raz sprawia wrażenie, jakby kompletnie nie chciało mu się grać, by chwilę później przeaktorzyć niczym Ewa Szykulska niemalże w każdym filmie, w jakim brała udział. Obsadzenie Bowiego w roli głównej to dla mnie jakieś gigantyczne nieporozumienie. Ten facet ma mizerny warsztat aktorski, a w młodości było to szczególnie widoczne. Jego Newton jest mdły, nijaki, pozbawiony emocjonalnej głębi, a momentami zwyczajnie irytujący. Trudno mi było przejąć się losem bohatera, którego odtwórca nie potrafił sprawić, żebym poczuł wobec niego cokolwiek poza rosnącą niechęcią.
Ciężko mi się oglądało „Człowieka, który spadł na Ziemię”. Przez to, że jest to film popieprzony i właściwie o niczym, przebrnięcie przez niego wymagało ode mnie sporej dawki samozaparcia i... masochizmu. Zupełnie nie kupuję konwencji, w jakiej utrzymano tę produkcję. Denerwowało mnie tutaj właściwie wszystko - fabularne absurdy i niejasności, fatalne aktorstwo oraz niewiele lepsze zdjęcia.
A właśnie! Zdjęcia! To dopiero są jaja, bo w niektórych momentach kamera lata z lewa na prawo i z prawa na lewo, jakby operator dopiero uczył się fachu i właśnie odkrył, że kamerą można poruszać. Zabawnie pokazano również kosmitów, ich planetę oraz pojazd kosmiczny, który przypomina trójkątny kawałek ciasta cytrynowego. Nie wiem, czy miało być tajemniczo, artystycznie, czy może po prostu dziwacznie, ale mnie chwilami chciało się zwyczajnie śmiać. I to raczej nie w tych momentach, w których twórcy sobie tego życzyli, bo chyba nawet tu takich nie ma.
No nie, zdecydowanie nie tego się spodziewałem. „Człowiek, który spadł na Ziemię” to film naprawdę zły, a do tego pieruńsko nudny. Tym bardziej dziwią mnie te powszechne zachwyty nad dziełem Roega. Ja na serio ich nie rozumiem. Nie dostrzegam tutaj żadnego wielkiego kina, żadnej artystycznej głębi, która miałaby usprawiedliwiać ten scenariuszowy burdel i realizacyjną nieporadność. Ale przecież wszystkiego rozumieć nie muszę, prawda?
I w tym swoim nierozumieniu zamierzam pozostać, uparcie powtarzając, że „Człowiek, który spadł na Ziemię” to jeden z najgorszych filmów, jakie w życiu widziałem.
scenariusz: Paul Mayersberg
obsada: David Bowie, Rip Torn, Candy Clark, Buck Henry, Bernie Casey i inni
kraj: Wielka Brytania
_ai-sf1.png)
_p.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz