📼 WŁADCA MUCH (1963) 🔻 🆂ꜰɪʟᴍᴏᴡᴀɴɪ ⑥②
O muzo kiepskich filmów, jakie to było złe! Ale tak naprawdę złe i to w sposób metodyczny i konsekwentny. „Władca much” z 1963 roku to film oparty na kultowej powieści Williama Goldinga, opowiadającej o grupce chłopców, którzy w wyniku katastrofy lotniczej trafiają na bezludną wyspę. Sami, bez dorosłych, muszą nauczyć się przetrwać. Szybko jednak przetrwanie zamienia się w skrajne zdziczenie, a dzieciakom zacierają się granice między dobrem a złem.
W powieści Golding wyjaśnia, dlaczego chłopcy trafili na wyspę; w filmie zamiast tego dostajemy intro z pokazem slajdów przedstawiających jakiś konflikt wojenny. Jeśli nie czytałeś książki, nie połapiesz się w tym i nie domyślisz się, że chłopcy przeżyli katastrofę lotniczą, na próżno bowiem szukać na ich ciałach zadrapań czy choćby siniaków. Żeby nie było: nie widzimy też wraku samolotu, nie wiemy, co się z nim stało - może zatonął, może odpłynął, a może kosmici przejęli go w celu przerobienia na żyletki do golenia. A ty, widzu, nie dociekaj, nie dopytuj, bo ci oczy zaropieją, a na języku wyrosną pypcie. Jest tak, bo wymyślił to Peter Brook - reżyser i scenarzysta tej wiekopomnej szmiry.
Zastanawiacie się, jakie doświadczenie miał Peter Brook, że powierzono mu przeniesienie na ekran jednej z najważniejszych XX-wiecznych powieści? No właśnie w tym cały problem, że miał niewielkie, przynajmniej jeśli chodzi o ambitne kino. Zresztą całe jego 50-letnie portfolio to kolejne niskobudżetowe szmiry, więc w tych chociaż facet był konsekwentny.
Wróćmy jednak do „Władcy much”, bo to, co tam się dzieje... To jest jakieś nieporozumienie, nawet jak na standardy roku 1963. Film został fatalnie zrealizowany i jeszcze gorzej zagrany, sprawia wrażenie paradokumentu zrobionego przez gościa, który nie przeszedł wstępnego egzaminu do filmówki, ale się uparł, że jest wielkim artystą - i ch*j, nikt mu nie będzie mówił, że jest inaczej.
Odniosłem wrażenie, że Peter Brook - który oprócz wyreżyserowania tej produkcji (choć w tym przypadku to zdecydowanie za dużo powiedziane) napisał również scenariusz - albo nie do końca ogarnął treść powieści Goldinga, albo zwyczajnie nie przeczytał jej od dechy do dechy. Ktoś na Filmwebie napisał, że to „dość wierna ekranizacja książki”; ja odniosłem wrażenie wręcz przeciwne. Według mnie wierność jest tu jedynie powierzchowna.
Brook najwyraźniej wymyślił sobie, że będzie to film o dzieciakach na wyspie - i na tym poprzestał. Całkowicie pominął psychologiczną warstwę powieści, która według mnie jest dominująca. Dzieci na wyspie są jedynie pretekstem do opowiedzenia znacznie głębszej historii o ludziach i ich zachowaniach w skrajnych sytuacjach. Tymczasem dostajemy film, w którym przez większość czasu bohaterowie wykonują kilka powtarzających się czynności: śpiewają, bawią się, drą mordy, pluskają się w wodzie, kłócą, polują i rozpalają ogień i w kółko i na przemian.
Dochodzi jeszcze świecenie gołymi dupami, co reżyser naprawdę mógł sobie darować. Swoją drogą banda latających na golasa po planie 10-12-latków w dzisiejszym kinie by nie przeszła - i to jedna z nielicznych rzeczy, które w Hollywood zmieniły się na lepsze. Ale mniejsza o dziecięce pośladki, te pojawiają się chyba tylko w jednej scenie, owszem budzą niesmak, ale w sumie cały film wystawia na próbę dobry gust, więc może zostawmy to.
Dojmujące jest też wrażenie, że momentami nikt nie panuje nad planem zdjęciowym; jakby reżyser krzyknął „róbta, co chceta”, a potem to sfilmował. A gdy już sytuację udaje się opanować, chłopcy w ogóle nie wiedzą, jak zachować się przed kamerą. Mamy tu kilka ujęć portretowych, w których dzieci wodzą wzrokiem gdzieś po horyzoncie, ale są to tak nierozumne spojrzenia, że od razu przypomina mi się scena z filmu Barei, w której dziennikarz każe przypadkowemu facetowi patrzeć na wystawę.
Nie znajdziecie tu ani jednego dzieciaka z naturalnym talentem - wszyscy sprawiają wrażenie, jakby znaleźli się na planie przez przypadek, z jakiejś łapanki. Główny bohater jest z kolei tak niemrawy, jakby „aktorstwa” uczył samego Adasia Niezgódkę z „Akademii pana Kleksa”, a tę ogólną wizualną chu*nię dopełnia fatalny montaż i ciągnące się w nieskończoność sceny szerokiego planu, na których widać spacerujących plażą chłopców.
Peter Brook stworzył koszmarek, przez który naprawdę ciężko przebrnąć. To jeden z najgorszych obrazów opartych na książce, jakie przerabiałem w cyklu Sfilmowani. A przez te ponad 60 filmów konkurencja urosła niemała - od styropianowej „Twierdzy” po kiczowatą i niemającą wiele wspólnego z powieścią „Inwazję pożeraczy ciał”. „Władca much” Brooka plasuje się dokładnie na tym poziomie: film zły w każdym calu, nudny i przaśny, zrealizowany amatorsko, jakby wzięli się za niego najbardziej niszowi - piwniczni - twórcy kina offowego.
Jeśli was zachęciłem do seansu, to super, bo liczę, że nie będę sam wśród filmowych masochistów. 😉
scenariusz: Peter Brook
obsada: James Aubrey, Tom Chapin, Hugh Edwards, Tom Gaman, Roger Elwin i inni
kraj: Wielka Brytania
_b.jpg)
_p.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz