📚 CMĘTARZ ZWIEŻĄT | Stephen King

DŁUGI I NUDNY 😴

Ostatnio postanowiłem wrócić do „Cmętarza zwieżąt” (pewnie za chwilę przyzwyczaję się pisać te dwa słowa z bykami i tak już mi zostanie 😉) - powieści Stephena Kinga z 1983 roku, którą pierwszy raz czytałem jakieś dziesięć lat temu. Wówczas dopiero zaczynałem poznawać nie tylko twórczość Króla Bangor, ale w ogóle stawiałem pierwsze kroki w horrorze jako gatunku literackim. Jasne, najpierw widziałem film - ten stary, z 1989 roku - więc książka niespecjalnie mnie zaskoczyła, jeśli chodzi o fabułę. Wtedy jednak „Cmętarz zwieżąt” odebrałem jako powieść raczej średnią. Dziś jestem bardziej krytyczny, więc podzielę się z Wami na gorąco tym, co mi w tej książce nie leży. A nie leży prawie wszystko.

Musicie wiedzieć, że kiedy King pisał „Cmętarz zwieżąt”, był już mocno uzależniony od wódy i kokainy. Chlał i ćpał ostro, więc chemia w jego mózgu nie zawsze się zgadzała. Czy dlatego omawiana dziś książka wydaje mi się tak słaba? Być może, chociaż Kingowi i na trzeźwo zdarza się lać wodę i to niezbyt czystą.

Sam pomysł na tę historię jest całkiem niezły. Mamy rodzinę Creedów, która wprowadza się do nowego domu w Ludlow. Okolica ładna, żeby nie powiedzieć malownicza, ale problem w tym, że ich dom stoi przy cholernie ruchliwej drodze, więc już na samym początku domyślamy się, jak to się potoczy. A gdy dodamy do tego tytuł powieści oraz fakt, że Creedowie mają kota oraz małe dzieci... No właśnie. Wynik tego działania może być tylko jeden.

Tytułowy „Cmętarz zwieżąt” stworzyły miejscowe dzieciaki wiele pokoleń temu, jakieś dwa kilometry za domem Creedów, na niewielkim wzniesieniu, na leśnej polance odciętej od reszty lasu potężnym wiatrołomem. W to miejsce zabiera naszą rodzinkę ich nowy sąsiad - stary poczciwota Jud. Jud całe życie spędził w Ludlow i zna wszystkie jego tajemnice. Gdy więc ciężarówka potrąca Churcha, kota córeczki Louisa Creeda, Jud zadaje Lou dwa pytania: „Czy ona kocha tego kota? (...) A czy ty ją kochasz?”. Dwie odpowiedzi twierdzące przyczynią się do tego, że życie rodziny Creedów zmieni się nie do poznania. Choć nie od razu.

Jud zabiera sąsiada za wiatrołom, gdzie znajduje się stary indiański cmentarz. Jednak nie jest to zwykłe miejsce. Pochowane tam istoty wracają do żywych. Problem w tym, że już nigdy nie są takie jak dawniej...


„Cmętarz zwieżąt” to jedna z tych książek Kinga, które powinny być opowiadaniem, ewentualnie minipowieścią, a nie pełnometrażową historią, w dodatku tak obszerną. W moim przekonaniu King zwyczajnie nie miał na nią pomysłu. Sporo tu więc dłużyzn, i to zdecydowanie zbyt długich, nawet jak na Stefana. Są też niepotrzebni bohaterowie, jak choćby żona Juda czy koleś z pracy Creeda. Nie wnoszą nic do opowieści, są jedynie od tego, żeby nabić kolejne strony miałkiej opowieści. Sama rozbiegówka trwa ponad sto stron, potem mamy mocniejsze uderzenie i znów długo, długo nic, by w końcu uraczyć nas kilkoma naprawdę fajnymi scenami.

Wątki poboczne zajmują tu masę miejsca i są to najczęściej wątki obyczajowe, pokazujące codzienność rodziny Creedów. Problem w tym, że ci bohaterowie nie są zbyt ciekawi. King postawił na ich sztampowość, poza tym niewiele mają do powiedzenia. Najgorsza jednak w tym panteonie nijakości jest żona Creeda. To postać tak niedorzeczna, tak irracjonalnie się zachowująca, że domniemywam, iż nie mogła powstać na trzeźwo. Tam przed Kingową maszyną do pisania musiało być grubo. Były tam i butle, i srebrna tacuszka z resztkami mąki - tak coś czuję, choć to tylko przeczucie.

Sam pomysł był jednak całkiem niezły, więc aż tak źle z Królem Bangor nie było. King chciał wykorzystać konwencję horroru do opowiedzenia nam historii o stracie, żałobie oraz pragnieniu przechytrzenia losu, przeznaczenia i śmierci. Motyw niebezpiecznej zabawy w Pana Boga jest tu aż nazbyt czytelny.

Właściwie ta powieść powinna na mnie mocno podziałać, bowiem pół roku temu odszedł mój kocur, który towarzyszył mi przez ostatnie piętnaście lat, a ja nadal nie mogę pozbierać się po tej stracie. A jednak, czytając „Cmętarz zwieżąt”, nie miałem wrażenia, że King rozumie tego typu stratę. Na tej linii więc raczej poległ. Poległ też w sferze narracyjnej, bowiem ta opowieść ewidentnie go przerosła. On po prostu nie miał na nią pomysłu - i ja to widzę.


Jasne, zebrał trochę sprawdzonych motywów: mamy tu wątek Indian i ich wierzeń, temat zmartwychwstania i wariacje na temat zombie, mamy też wytarty jak dżinsy w kroku motyw nowego początku, który lepiej, aby nigdy się nie wydarzył. Tyle że wszystko to jest tak bardzo przewidywalne, że aż zęby bolą. A do tego pieruńsko nudne. Żeby przebrnąć przez kolejne strony, trzeba się wspomagać kofeiną w tabletkach w ilościach zagrażających życiu.

W 1981 roku Stephen King napisał „Cujo” (choć sam tego procesu nie pamięta) - chyba najnudniejszą powieść w swoim dorobku. Dwa lata później „Cmętarzem zwieżąt” podjął próbę przebicia samego siebie. Prawie mu się udało, bo jednak „Cujo” - z tego, co pamiętam - jest gorsze. Ale naprawdę niewiele.

„Cmętarz zwieżąt” to wciąż książka słaba i męcząca. Jedna z tych, o których chciałoby się szybko zapomnieć. Jedna z tych, po których zostaje kac - nie po lekturze, lecz za sprawą świadomości zmarnowanego czasu.

🎬 na podstawie powieści powstały filmy:
Smętarz dla zwierzaków (1989) 
Smętarz dla zwierzaków (2019)  

tytuł oryginalny: Pet Sematary (1983)
tłumaczenie: Paulina Braiter
ilustracja na okładce: Vincent Chong
seria: Kolekcja Mistrza Grozy | Tom 3
ISBN: 978-83-8097-310-7
ilość stron: 402
oprawa: twarda
rok wydania: 2017 
gatunek: horror
ocena: 💀💀💀❌❌❌❌ 3/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

📚 ZIEMIOŻERCZYNI | Dolores Reyes 🔻🅾ᴘɪɴɪᴀ

📚 POZWÓL MI WEJŚĆ | John Ajvide Lindqvist 🔻 🆁ᴇᴄᴇɴᴢᴊᴀ

W CIENIU TWIERDZY | Kamila Cudnik