📼 OMEN (1976) 🔻 🆂ꜰɪʟᴍᴏᴡᴀɴɪ 𝟙𝟘𝟜
„Omen” Richarda Donnera to horror w starym, dobrym stylu. Powstał na fali hollywoodzkiego satanistycznego boomu, który miał miejsce w latach 70., a został zapoczątkowany pod koniec lat 60. przez Romana Polańskiego i jego „Dziecko Rosemary”. Potem był równie kultowy „Egzorcysta” Williama Friedkina, oparty na powieści Williama Petera Blatty’ego, no a w drugiej połowie lat 70. pojawił się on - „Omen”, opowieść o dzieciństwie Antychrysta, który w przyszłości ma doprowadzić do końca świata.
Film nie dostał zbyt dużego budżetu - zaledwie 2,8 mln dolarów - ale nie przeszkodziło to początkującemu wówczas reżyserowi Richardowi Donnerowi (tak, to jest gość, który wiele lat później dał nam m.in. "Zabójczą broń", "Mavericka" czy pierwszego "Supermena"), który do tej pory miał na koncie jedynie pojedyncze odcinki seriali telewizyjnych, stworzyć świetnie zrealizowany obraz. Pomógł mu w tym przyzwoicie napisany scenariusz Davida Seltzera, który również nie miał wówczas zbyt dużego dorobku. Być może właśnie ta świeżość, w połączeniu z talentem obu panów, sprawiła, że „Omen” nawet po latach po prostu bardzo dobrze się ogląda.
I jasne - zwłaszcza przy efektach specjalnych - widać, że trzeba było oszczędzać. Scenariusz również ma kilka mniejszych logicznych dziur, ale - no kurczę - to wciąż jest kino, które daje sporą rozrywkę i potrafi przyciągnąć uwagę.
Sporo zasługi ma w tym również obsada. Gregory Peck to była klasa sama w sobie, David Warner w roli dociekliwego fotoreportera Keitha Jenningsa również daje radę, a dzieciak grający Damiena… No cóż, jego lodowate, demoniczne spojrzenie nadal robi wrażenie. Na szczęście ani scenarzysta, ani reżyser nie przewidzieli dla małego jakiejś wielkiej roli. Damien nawet specjalnie się nie odzywa, bo pewnie gdyby zaczął to robić, cały czar by prysnął. Właśnie ta jego małomówność, w połączeniu ze spojrzeniem, robią tu sporą robotę.
Do tego dochodzi świetna muzyka Jerry’ego Goldsmitha i niebanalne zdjęcia Gilberta Taylora. Gdy zbierzemy to wszystko do kupy dostajemy ponadczasową produkcję, która bardzo dobrze się zestarzała. Fajnie było wrócić do tego filmu po latach, zwłaszcza że to jeden z tych obrazów, które kształtowały mój gust filmowy, gdy byłem bardzo wczesnym nastolatkiem. Pamiętam, że mój tata miał „Omena” nagranego na kasecie VHS i mając 11 czy 12 lat, po raz pierwszy obejrzałem go ukradkiem.
Swoją drogą Seltzer całkiem nieźle zbeletryzował swój scenariusz i na jego podstawie napisał książkę, która wyszła w tym samym roku co film. W powieści nieco rozbudowuje psychologię postaci, ale również tło całej opowieści.
Niestety, postanowiono też nakręcić kolejne części. Część druga i trzecia, a zwłaszcza ta ostatnia z Samem Neillem w roli Damiena, to już tylko odcinanie kuponów od sukcesu „jedynki”. To słabe filmy, chociaż na tle czwartej części, będącej de facto rebootem pierwszego „Omenu”, i tak wypadają niemal wybitnie. Z tym że „Omen IV: Przebudzenie” to telewizyjna szmira jakich mało, więc przebić takiego gniota to żaden wyczyn.
Jeśli więc bardzo chcecie poznać pełną opowieść o Antychryście, to niestety musicie obejrzeć całą trylogię. Ja jednak polecam tylko pierwszą część, bo to naprawdę solidne kino gatunkowe, które daje sporo emocji i zapewnia rozrywkę na przyzwoitym poziomie.
scenariusz: David Seltzer
obsada: Gregory Peck, Lee Remick, David Warner, Billie Whitelaw, Harvey Stephens i inni
kraj: USA, Wielka Brytania
_b.jpg)
_p.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz